Siła złego na jednego. Wzrost rentowności USA i Niemiec ma kluczowe znaczenie dla rentowności rynków wschodzących, ale na wszystkich rynkach wygląda to podobnie – ceny obligacji rządowych spadają, w miarę jak kolejne dane potwierdzają, że wzrost inflacji nie jest – wbrew zaklęciom przedstawicieli banków centralnych – zjawiskiem chwilowym. Do tego doszły oczywiście lokalne dane o inflacji (5,4 proc.), które cieszyć mogą tylko posiadaczy obligacji indeksowanych wskaźnikiem cen. Dziesięcioletnie papiery kupione w październiku 2019 r. i wcześniejszych latach, w nowych okresach odsetkowych będą oprocentowane na prawie 7 proc.! A na koniec tygodnia oliwy do ognia dolały wypowiedzi przedstawicieli KE – Polska nie dostanie pieniędzy z Funduszu Odbudowy. Gdyby tę ostatnią groźbę rynek wziął na poważnie, rentowność obligacji wzrosłaby znacznie bardziej. To jedyna pocieszająca konkluzja.
Co to wszystko oznacza dla rodzimych inwestorów? Po pierwsze straty w funduszach dłużnych, które zajęły pozycje na długich obligacjach skarbowych lub covidowych (BGK, PFR). Mamy ujemne realne stopy procentowe, czyli przeciwieństwo strategii walki z inflacją. Przed 2015 r. sytuacja była odwrotna. Jeśli mielibyśmy wrócić do dawnych tradycji, stopa referencyjna musiałaby wzrosnąć o ponad 5 pkt proc., a rentowność obligacji o co najmniej 4 pkt. To najmniejszy wymiar kary. Kiedy ostatnio inflacja w Polsce była tak wysoka, stopa referencyjna NBP sięgała… 14,5 proc. Taka perspektywa oznaczałaby – w zależności od wariantu rozwoju sytuacji – krach na rynku obligacji lub wieloletnie ujemne stopy zwrotu (stopniowe dostosowanie). W każdym z tych scenariuszy, brak powodów by utrzymywać długie pozycje w obligacjach skarbowych, mimo rosnących rentowności.
Lepiej spisywać się mogą papiery oparte o WIBOR, który wzrósł w tym tygodniu o 2 pkt bazowe – rynek zaczyna naprawdę (a nie tylko w kontraktach IRS) dyskontować możliwość wzrostu stóp w tym roku. Wzrost WIBOR już oznacza wyższe dochody odsetkowe z obligacji korporacyjnych, choć na razie wyższe będą symbolicznie (o 2 grosze od 100 zł nominału). Ale wyceny mogą rosnąć, zwłaszcza serii o dłuższym terminie wykupu. Niestety, tych ostatnich jest na Catalyst niewiele. Serie zapadające za pięć lat i dłużej pochodzą albo z nielicznych tegorocznych emisji albo zostały wyemitowane przed duże firmy (KGHM, PGE) lub gminy. A to z kolei oznacza niskie nominalne oprocentowanie. W dodatku obligacje te wyceniane są z premią, zatem nagrodą za potencjalny wzrost WIBOR w przyszłości, trzeba podzielić się ze sprzedającym już dziś.
Mimo wszystko, lepiej mieć w portfelu obligacje, które na wzroście stóp mogą skorzystać niż te, które mogą tracić, dlatego fundusze obligacji korporacyjnych mogą spisywać się w najbliższych latach znacznie lepiej niż fundusze dłużne stawiające na dług państwowy. Oczywiście przyszłości nie znamy i żadnego scenariusza nie należy przesądzać, a jedynie nadawać im większe lub mniejsze prawdopodobieństwo. Rentownościom niemieckich i amerykańskich obligacji, mimo dwóch wzrostowych tygodni, wciąż bliżej do dna majowo-sierpniowej korekty, niż do szczytów wyprzedaży z maja. Dopiero sforsowanie szczytów sprzed prawie czterech miesięcy będzie klarownym sygnałem, że rynek długu wychodzi z okresu ultraniskich stóp i darmowych kredytów. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, sięgającymi daleko poza wyniki rodzimych funduszy obligacji.