Nie podobała mi się wczorajsza sesja w USA. Po tym jak indeksy z NYSE pokonały swoje tegoroczne szczyty byki powinny pociągnąć rynek wyżej pokazując, że przełamanie nie było wypadkiem przy pracy. Tak się nie stało. Pogorszenie nastrojów można przypisać niejednoznacznym danym makro, ale wydają mi się być tylko pretekstem do realizacji zysków. Sprzedaż detaliczna w USA w styczniu spadła, a w grudniu zweryfikowano ją w dół. Ale bez samochodów sprzedaż w styczniu znacznie wzrosła — był to największy wzrost od pięciu miesięcy. To były bardzo dobre informacje, które powinny bykom pomóc. Dane z rynku pracy były słabe, bo ilość nowych bezrobotnych wzrosła do poziomu najwyższego od dwóch miesięcy. Nie bardzo widać, żeby na rynku pracy następowała poprawa zapowiadana przez członków Fed i Biały Dom. Ale rząd szybko umniejszył wagę tych danych twierdząc, że sztormowa pogoda w części USA wywołała zmniejszenie zatrudnienia (szczególnie w budownictwie).
Widać gołym okiem, o jakim zatrudnieniu mówimy — o zatrudnieniu tymczasowym, a nie stałym. Tylko dzięki tymczasowemu zatrudnieniu stopa bezrobocia w USA nie jest zdecydowanie większa. W dalszym ciągu jednak liczba bezrobotnych była znacznie mniejsza niż recesyjne 400 tys. W sumie to były niezłe dane i nie powinny były wywołać zniżki, gdyby nie to, że inwestorzy chcieli realizować zyski. Ze spółek nie było wielu informacji. Nastroje nieco psuło ostrzeżenie o mniejszych zyskach kwartalnych Computer Sciences. Drugi dzień z kolei rósł kurs Walt Disney po ofercie Comcast. Gdyby nie to, że bykom nie udała się kontynuacja wzrostów i ciągle nie można do końca wykluczyć powstania formacji nieregularnego podwójnego szczytu to można by było powiedzieć, że nic złego się nie stało. Plusem dla byków jest to, że zniżka indeksów znacznie zmniejszyła wolumen.
W Eurolandzie sytuacja była jasna. Po „efekcie Greenspana” w Stanach rynki zaczęły od wzrostów, ale nie były duże, bo silne euro inwestorów nieco denerwowało. Poza tym czekano na dane z USA i po nich indeksy lekko się osunęły. Dzisiaj handel będzie też spokojny o ile nie zawiódł wczorajszy raport kwartalny Della. W poniedziałek nie ma sesji w USA (urodziny Waszyngtona), co powinno osłabić dzisiaj aktywność Amerykanów. Dane makro powinny jakiś wpływ wywrzeć, ale nie oczekiwałbym dużego. Bilans handlowy USA wpłynie wyłącznie na rynek walutowy. Wstępne dane o lutowym indeksie nastroju Uniwersytetu Michigan zostaną odebrane dosyć obojętnie. Zapowiadany jest spadek, więc nie będzie zaskoczeniem, a wzrost też nie powinien wywoływać euforii.
Nasz rynek był wczoraj bardzo niepewny, a sesja bez wyrazu. Obrót (bez transakcji na BACA i Prokomie) był mniejszy niż to ostatnio bywało. Nie widać było bardzo dużych zleceń, które przeważały na początku tygodnia. Tak mocne ostatnio banki, na których od dłuższego czasu widać duży i stały popyt też trochę odpoczywały (ale popyt nadal był duży). Być może nieco hamowało popyt ostrzeżenie, że agencja ratingowa Fitch może obniżyć rating Węgrom. Indeks BUX zachowywał się bardzo nieciekawie — próbował przełamać wsparcie na linii trendu. Poza tym zachowanie rynków Eurolandu i początek sesji w USA też nie pomagały bykom, ale nie doszło do ataku podaży, a indeksy wzrosły. Rynek nadal jest silny.
Zakładam, że to „bujanie” indeksami jest częścią korekty po ostatnich wzrostach. Taki uparty popyt jak na bankach zazwyczaj kończy się dużymi wzrostami, a banki to jest sektor, który powinien prowadzić rynek w prawdziwej hossie. Uważam, że teraz właśnie na ten sektor trzeba zwrócić szczególną uwagę. Generalnie mamy do czynienia z rynkiem o dużej szerokości. Gdyby nie nasi „kochani” politycy... Na szczęście wczoraj zamilkli, więc złoty odrobił trochę strat. Poza tym jak duży kapitał chce rynek rozegrać to politycy nie są w stanie mu przeszkodzić. Sygnału sprzedaży nie ma — czekamy na popyt.