Tegoroczny „Makroekonomiczny okrągły stół EKF” podzielił głównych ekonomistów instytucji finansowych na dwa obozy: pesymistów i optymistów. Jedni twierdzą, że czasy, kiedy wzrost gospodarczy wynosił 5-6 proc., już dawno za nami i jeszcze długo będziemy skazani na „małe” 3 proc. Inni, że pojawią się impulsy, które umożliwią Polsce powrót na ścieżkę ożywionego wzrostu.
Punktem odniesienia dla dyskusji była ankieta makroekonomiczna, w której wzięło udział 44 ekspertów i ekonomistów. Według konsensu wzrost PKB ma sięgnąć 3,24 proc. w 2024 r., 3,79 proc. w kolejnym, a w następnych dwóch latach nadal nie przekroczy 4 proc. Motorem napędzającym wzrost PKB nadal będzie spożycie indywidualne, które sięgnie 3,9 proc. w bieżącym roku, później nieco osłabnie – do 3,5 proc. w 2025 i 3,3 proc. w 2026, po czym spadnie do poniżej 3 proc. w 2027 r. Wraz ze słabnącą konsumpcją rosnąć mają inwestycje. Choć w 2024 r. ma to być wzrost zaledwie o 3,94 proc., to w kolejnych dwóch latach sięgnie 7,9 proc., głównie dzięki uruchomieniu środków z Krajowego Planu Odbudowy.
Moc europejskich pieniędzy
- Nasza prognoza na ten i przyszły rok to 4 proc. Sądzimy, że głównym motorem wzrostu w tym roku będzie konsumpcja, która wzrosła w pierwszym kwartale o 5 proc. Według nas to nie koniec. Do tego należy dodać inwestycje z KPO, a w przyszłym roku również lepszą koniunkturę zagraniczną w strefie euro. To buduje nasz optymizm, jeśli chodzi o perspektywy wzrostu – mówi Marcin Kujawski, starszy ekonomista BNP Paribas Bank Polska.
Optymizm podziela Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.
- W 2025 r. możemy mieć wzrost przekraczający 4 proc., a w 2026 ta dynamika może przekroczyć nawet 5 proc. I oczywiście trzeba podkreślić, że to nie będą trwałe wzrosty, ale podyktowane impulsami w postaci środków z KPO i innymi środkami unijnymi. Krótki termin wydawania tych środków może spowodować, że zobaczymy dwucyfrową dynamikę inwestycji – tak jak w roku ubiegłym, kiedy sięgnęła 16 proc. – mówi Monika Kurtek.
Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, studzi emocje i podkreśla, że prognozy ekonomistów nie biorą pod uwagę możliwości materializacji ryzyka geopolitycznego.
- To nie jest różowy obraz, jeśli większość ekonomistów w konsensie przyznaje, że poziom wzrostu gospodarczego w Polsce nie dojdzie do 4 proc. To, co zasługuje na uwagę, to duży rozrzut, jeśli chodzi o dekompozycję PKB. To wynika częściowo ze struktury ankiety, która nie uwzględnia pytania o eksport. Myślę, że część odpowiedzi na to, dlaczego wzrost nie sięgnie 4 proc. w średnim okresie, związana jest ze znakami zapytania stawianymi przez nas przy eksporcie, który jest kluczowy – mówi Janusz Jankowiak.
Słabość głównego partnera
W obozie pesymistów znalazł się także Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, który zwraca uwagę na słabość niemieckiej gospodarki, głównego partnera handlowego Polski.
- Mimo że wszyscy zakładamy, że będziemy mieli wzrost od 2,5 do 3,5 proc., my mamy prognozę na 2,5 proc. To wynika z tego, co się działo na początku tego roku: konsument nie do końca powrócił na zakupy, w związku z czym jeden z silników wzrostu gospodarczego będzie umiarkowany. Ponadto przy takim marnym wyniku niemieckiej gospodarki produkcja przemysłowa i eksport będą oddziaływać negatywnie, a inwestycje, jakie są, wszyscy wiemy. Dopiero w przyszłym roku mogą ruszyć – mówi główny ekonomista VeloBanku.
Piotrowi Arakowi wtóruje Rafał Benecki, dyrektor biura analiz makroekonomicznych ING Banku Śląskiego. W jego ocenie, o ile do niedawna szczyt możliwości wzrostu gospodarczego Polski sięgał 5-6 proc., to obecnie maksymalnie jest to 3-4 proc.
- Powodem, dla którego przeciętny maksymalny poziom wzrostu PKB w Polsce będzie niższy, jest stagnacja gospodarki niemieckiej. Poprzednim razem, gdy Niemcy były w stagnacji, tj. na początku lat dwutysięcznych, wyjście z tego trwało pięć lat i było związane z rozszerzeniem UE. Dziś tego nie będzie, a niemiecki rząd nie ma pomysłu, jak wyjść z tej sytuacji. Ponadto kurs walutowy był bardzo korzystny dla eksporterów przez długi czas, ale już tak nie jest. To też będzie hamowało tempo wzrostu gospodarczego w Polsce. Powinniśmy poprawić udział inwestycji, a obniżyć udział spożycia i konsumpcji we wzroście – mówi Rafał Benecki.
