Firmy łączą się na całym świecie w struktury poziome, pionowe, gorączkowo poszukując efektów synergii. I chociaż z tymi efektami synergii różnie później bywa, procesy te są normalnością, częścią świata biznesowego, a często nawet go napędzają. Zawsze jednak tak się dzieje, że te połączenia, przejęcia, wchłonięcia, tworzenie grup kapitałowych, podyktowane są chęcią ekspansji z jednej strony, a ograniczenia kosztów z drugiej.
My, w ramach eksperymentowania z kapitalizmem (taka to już nasza narodowa cecha, że ze wszystkim byśmy sobie poeksperymentowali), wymyśliliśmy trzecią drogę: dokapitalizowywanie jednych państwowych firm akcjami drugich. Pół biedy byłoby, gdyby to również były firmy państwowe, cała bieda jednak, gdy są to firmy sprywatyzowane, w których państwo ma tylko część akcji. Reszta pozostaje w rękach prywatnych, kupiona za prawdziwe pieniądze. Do 28 czerwca rząd ma podjąć decyzję o przekazaniu Kompanii Węglowej akcji giełdowego Ciechu (posiada 36,7 proc. walorów tej spółki) i Węglokoksu (ale ten eksportuje węgiel i jest w całości państwowy). Jeżeli KW dostanie pakiet w Ciechu, stanie się największym akcjonariuszem w tej giełdowej spółce działającej w branży chemicznej, z węglem mającej tyle wspólnego co palacz piecowy. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, również obsady władz. Jak to rokuje dla Ciechu, jego giełdowych notowań, przyszłości? A przede wszystkim jak to rokuje dla wszystkich innych właścicieli akcji Ciechu?
Cała nadzieja w tym, że Maksymilian Klank, prezes Kompanii Węglowej, wydaje się być rozsądnym człowiekiem i dobrym menedżerem. Tyle tylko że KW jest państwowa, zbliżają się wybory i prezes może nie znać dnia ani godziny. Wtedy eksperymentował i sprawdzał się w biznesie będzie już ktoś inny.