Elewarr się broni, posłowie sprawdzają

Piotr Nisztor
opublikowano: 2012-07-18 00:00

Zarząd zbożowej spółki przekonuje, że padł ofiarą nagonki. Jednak wątpliwości wokół funkcjonowania firmy jest coraz więcej

Po ujawnieniu przez „Puls Biznesu” nagrania rozmowy Władysława Łukasika, byłego szefa Agencji Rynku Rolnego (ARR), z Władysławem Serafinem, szefem kółek rolniczych, w centrum zainteresowania mediów i organów ścigania znalazła się dotychczas nieznana szerzej — należąca do ARR — spółka Elewarr. Powstała w 1992 r. firma zajmuje się handlem zbożem, zarządza elewatorami i magazynami zbożowymi o pojemności w sumie 644 tys. ton. Ze skonsolidowanego sprawozdania finansowego za 2010 r. wynika, że miała blisko 203 mln zł przychodów i 4 mln zł zysku. Rok wcześniej przychody wyniosły ponad 235 mln zł, a zysk 5,6 mln zł.

Według Władysława Łukasika, to właśnie w Elewarze miało dochodzić do licznych nadużyć i patologii. O rzekome nieprawidłowości i sprawowanie faktycznej kontroli nad spółką były szef ARR oskarża m.in. Andrzeja Śmietankę, byłego prezesa spółki, dziś piastującego funkcję dyrektora generalnego.

„Mecenas [Bronisław Tomaszewski, prezes Elewarru — red.] to jest słup [...] Ja nie chciałem się na to zgodzić, wymusili to na mnie z ministrem, że on [Andrzej Śmietanko — red.] ustępuje z prezesa. Bo ja wolę, żeby on był prezesem, a nie słup. A w ten sposób to słup wszystko mu firmuje. A to, co Andrzejek lubi, za nic on sam nie odpowiada. Wiesz, on sobie może wnioskować... On zawnioskował o wynagrodzenie 50 tys. zł miesięcznie. Ja mu tego nie mogłem podpisać, ale ten słup mu podpisał” — mówił w rozmowie z Władysławem Serafinem.

Groźba procesu

Były szef ARR przekonywał również, że Andrzej Śmietanko bardzo często na koszt Elewarru wyjeżdża za granicę, zabierając ze sobą rodzinę. Śmietanko odpierał wczoraj wszystkie zarzuty.

— Myślę, że ktoś jest po prostu chory na głowę, jeśli opowiada takie bzdury. Nawet nie wiem, jak to skomentować, kiedy ktoś mówi, że jestem wielbłądem — stwierdził w rozmowie z „Wiadomościami” TVP. Według niego sprawa taśmy to przedkongresowa walka w PSL. Podkreślił również, że nie próbował w żaden sposób uwłaszczyć się na majątku Elewarru. Oskarżenia dotyczące wyjazdów na koszt spółki nazwał bzdurami.

— Byłem na urlopie — dwa tygodnie na wykupionym rejsie, z żoną i córką. To jest chyba legalne?

W firmie wziąłem wolne, opłaciłem wycieczkę — za prywatne pieniądze — i pojechaliśmy na dwutygodniowy urlop. Nie był to żaden wyjazd służbowy — zapewnia Śmietanko. Zapowiedział też złożenie pozwu przeciwko Łukasikowi.

Pytania bez odpowiedzi

Oświadczenie w sprawie oskarżeń, jakie na temat spółki znalazły się w ujawnionym przez „Puls Biznesu” nagraniu, wydał też wczoraj zarząd Elewarru. „Z przykrością i zdumieniem przyjęliśmy fakt, że w Polsce osoby publiczne kolejny raz stosują metody rodem z filmów szpiegowskich. Tym razem, nowoczesna technologia została wykorzystana m.in. do podważenia wiarygodności podmiotu gospodarczego, działającego w dobrej wierze i dla którego dobre imię jest niezbędne w dwudziestoletniej już działalności biznesowej” — czytamy w oświadczeniu. 24 czerwca, przed ujawnieniem nagrania, „Puls Biznesu” przesłał pytania do Elewarru dotyczące pojawiających się na taśmie spraw związanych m.in. z wyjazdami służbowymi kierownictwa spółki, inwestycji w biurowiec w centrum Warszawy oraz ewentualnej współpracy z firmami z grupy Pol-Mot. Ponad dwa tygodnie później zarząd spółki odmówił udzielenia jakichkolwiek informacji. „Elewarr jest spółką zawiązaną przez państwową osobę prawną, działającą w warunkach komercyjnych, na którą umowa spółki nie nakłada żadnych zadań o charakterze publicznym” — czytamy w przesłanej odpowiedzi. Sam Śmietanko nie odpowiedział też na pytania przesłane przez „PB” w poniedziałek.

Będą następne kontrole

Wczoraj zarząd Elewarru udostępnił dokumenty posłom PiS — Przemysławowi Wiplerowi i Dariuszowi Jackiewiczowi.

— Duża część faktów, o których mówił pan Łukasik podczas rozmowy z panem Serafinem, została potwierdzona. Teraz będziemy badać kwestie szczegółowe — powiedział po wyjściu ze spółki Wipler. Dodał, że dziś o 10 wraz z Dariuszem Jackiewiczem ma zapoznać się z kolejnymi dokumentami zbożowego przedsiębiorstwa.

W reakcji na oskarżenia, które padają w nagraniu, już w poniedziałek Marek Sawicki, minister rolnictwa, polecił rozpocząć w trybie pilnym kontrolę w zakresie prawidłowości sprawowanianadzoru nad spółkami ARR, w tym przede wszystkim Elewarru. Tyle że w organach spółki po objęciu kierownictwa resortu rolnictwa przez Marka Sawickiego znaleźli się jego najbliżsi współpracownicy. Jak wynika z Krajowego Rejestru Sądowego, w styczniu 2008 r. do rady nadzorczej Elewarru trafili m.in. Krzysztof Gołąb, prawnik, ówczesny doradca Marka Sawickiego, Przemysław Litwiniuk, ówczesny szef gabinetu ministra, czy Ireneusz Niemirka, dyrektor generalny resortu rolnictwa. Dwaj ostatni do dziś zasiadają w radzie nadzorczej Elewarru. Ireneusz Niemirka w dalszym ciągu jest dyrektorem generalnym ministerstwa.

— Na ile skuteczny był jego nadzór nad spółką, skoro mogło dochodzić do tak gigantycznych nieprawidłowości — zastanawia się Julia Pitera, posłanka PO. Podkreśla, że w takiej sytuacji wdrożenie kontroli przez resort rolnictwa może budzić wątpliwości co do rzetelności wyników.

— Można było tego uniknąć poprzez zwrócenie się o przeprowadzeniekontroli przez kancelarię premiera lub przygotowanie audytu przez zewnętrzną firmę — mówi Julia Pitera. O te wątpliwości i wpływ na kontrolę Ireneusza Niemirki zapytaliśmy ministerstwo rolnictwa.

— Fakt zasiadania w radzie nadzorczej Elewarru przez osoby zatrudnione w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi nie ma prawnego znaczenia z punktu widzenia nadzoru nad spółką w kontekście odpowiedzialności ministra rolnictwa i rozwoju wsi. Innymi słowy, zasiadanie w radzie nadzorczej przez takie osoby nie zmienia faktu, że minister rolnictwa i rozwoju wsi nie sprawuje nadzoru nad tą spółką, ani tym bardziej nad radą nadzorczą spółki — odpowiada biuro prasowe resortu.

To nie koniec kontrowersji wokół Elewarru. O nieprawidłowościach w spółce było wiadomo już w ubiegłym roku. Krytycznie funkcjonowanie zbożowego przedsiębiorstwa w latach 2008-10 oceniła Najwyższa Izba Kontroli (NIK). Kontrolerzy stwierdzili bowiem, że zarówno zarząd, jak i rada nadzorcza otrzymały ponad 1,4 mln zł bezprawnego wynagrodzenia. We wnioskach pokontrolnych poleciła ARR wyegzekwowanie tych pieniędzy. Pieniądze do dziś nie zostały zwrócone.

— Zgodnie z orzeczeniem Sądu Administracyjnego I i II instancji wnioski pokontrolne NIK i zawarte w nich zalecenia nie mają charakteru wiążącego dla kontrolowanej jednostki — twierdzi Iwona Ciechan, rzecznik ARR.

Iwona Ciechan informuje, że agencja „stale i sukcesywnie” monitoruje działania zarządu Elewarru w sprawie zwrotu wynagrodzeń. NIK wskazała również, że zgodnie z przepisami wprowadzającymi ustawę o finansach publicznych, ARR powinna przekazać udziały w Elewarze do skarbu państwa, a nadzór nad spółką miało przejąć ministerstwo skarbu — do 30 czerwca 2011 r.

— Wobec braku sankcji prawnych związanych z niewykonaniem tego obowiązku oraz brakiem woli przekazania posiadanych udziałów spółki Elewarr przez Agencję Rynku Rolnego, minister Skarbu Państwa nie wykonuje praw ze wspomnianych udziałów, a spółka pozostaje poza nadzorem resortu skarbu — mówi Magdalena Kobos, rzecznik resortu skarbu.

Dodaje, że skarb bezskutecznie korespondował w tej sprawie z ministrem rolnictwa i rozwoju wsi oraz Rządowym Centrum Legislacji.

— Minister Skarbu Państwa skierował w kwietniu 2011 r. pismo do wszystkich członków Rady Ministrów, przypominając o istniejącym obowiązku przekazania posiadanych akcji i udziałów oraz zwracając się z prośbą o przekazanie tej informacji wszystkim podległym lub podporządkowanym właściwemu ministrowi jednostkom i organom administracji — dodaje rzecznik.

Wczoraj NIK zapowiedział kolejną kontrolę w Elewarze. Sprawdzi, jak zostały wykonane wnioski zawarte w raporcie pokontrolnym.