W manufakturze de Mehlem w podwórzu krakowskiej kamienicy pachnie skórami i klejem. Na pięterku terkocą maszyny do szycia. W sąsiednim pomieszczeniu – skarbiec: na półkach piętrzy się ponad 200 wzorów wypracowanych przez mistrzów de Mehlem, w walizce schowane, odziedziczone po poprzednikach, egzotyczne skóry. Na regale czekają w pokrowcach gotowe produkty. Tak wygląda miejsce, gdzie powstają ręcznie szyte torby.
Pięć kaletniczek szyje 150 egzemplarzy miesięcznie. Większość na indywidualne zamówienia. Klientka wybiera rodzaj skóry, kolor i wykończenie. A jeśli sobie życzy – torebka może zostać zaprojektowana specjalnie dla niej. Tak jak torba dla Elżbiety Pendereckiej. Po dwóch tygodniach torebka jest gotowa. Koszt zależy od materiałów – z reguły około 1 tys. zł.
O pracowni stało się głośno w 2002 r. po Targach Bursztynu Amberfit w Gdańsku, gdzie krakowska manufaktura pokazała kolekcję ze szlifowanymi i oprawionymi w srebro bursztynami. Dekoracja torebek, przypominająca naszyjnik lub broszę, jest dziełem Mariusza Gliwińskiego, projektanta biżuterii. Torebki z tej serii nadal powstają na indywidualne zamówienie, projektowane są też nowe wzory. Koszt cacka zaczyna się od 2,5 tys. zł.
Polski Hermes
Manufakturę prowadzi trzydziestotrzyletni Filip de Mehlem, syn znanego w Krakowie przedsiębiorcy Olgierda de Mehlem. Babka Olgierda z rodziny Staniszewskich szyła w Poznaniu damskie torebki od 1912 r. Wojenna zawierucha rzuciła ojca Olgierda do Krakowa, gdzie od 1940 r. rodzina prowadzi manufakturę i sklep przy Rynku.
Filip de Mehlem wychował się w pracowni kaletniczej ojca. W piwnicy rodzinnego domu stała prasa do wybijania (wycinania) skórzanych elementów torebek. Druga część zakładu, montownia, była kilka domów dalej. Mały Filip biegał między nimi, bawił się ścinkami skóry i tkanin, patrzył, jak robotnicy obsługują maszyny, a kaletnicy szyją torby. Dla zabawy tworzył prace, które pokazały, że ma talent plastyczny i zmysł praktyczny. Rodzice nie posłali jednak spadkobiercy kaletniczych tradycji do szkoły rzemieślniczej.
- Nie było w nich wówczas wysokiego poziomu nauczania. Dlatego, zgodnie z wolą rodziców, skończyłem V Liceum Ogólnokształcące
– najlepsze w Krakowie. A potem, z rozpędu, trafiłem do Krakowskiej Szkoły Hotelarsko-Turystycznej i poszedłem na studia ekonomiczne,
na Zarządzanie i Marketing na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po studiach wróciłem do firmy ojca. Miałem 28 lat – wspomina Filip de Mehlem.
Samodzielnie kieruje manufakturą od dwóch lat. Wcześniej nabierał doświadczenia, prowadząc salon firmowy. Pięć lat temu spotkał Artura Kasprzyka, któremu rodzina zleciła restrukturyzację i bieżące zarządzanie firmą. Dzięki temu Filip mógł się skupić się na nowych wzorach i doskonaleniu umiejętności rzemieślniczych. Od tego czasu zaprojektował 30 modeli torebek. Kilka na podstawie wzorów odziedziczonych po przodkach.
- Wróciła moda na lata 40. XX wieku. We wzorcowni znalazłem torebki mojego dziadka. Unowocześniłem kształt, pozbawiłem zbędnych dekoracji. Poszukałem odpowiednich skór. Dzięki temu wzór z lat 40. łączy się z potrzebami i gustem klientek z XXI wieku – opowiada projektant.
Jak na Wawelu
W pomieszczeniu na parterze, w którym pracuje, królują: olbrzymi stojak na skóry nawinięte na rolki oraz stoły do krojenia. Gospodarz pokazuje prototyp nowego wzoru torby do ręki – zapinanej na magnesy i z uszami w kształcie kół. Torba, prosta i funkcjonalna, stanie się piękna, gdy zostanie uszyta z wyszukanego surowca. Może ze skóry tłoczonej w łuskę krokodyla lub węża albo z czarnej i lakierowanej jak fortepian, lub z ciepłego w dotyku zamszu? Na razie projektant dopracowuje formę i funkcjonalność wnętrza.
- Najbardziej lubię projektować proste, architektoniczne torebki, które szyję z kosztownych skór. Inspiruje mnie nietypowy, wysokiej jakości surowiec. Tworzę tak, by kształt przedmiotu nie konkurował z jego urodą – tłumaczy Filip de Mehlem.
Przykłady? Ot, chociażby torebka z doszytym na awersie portfelem. Przypomina modele pokazane we wrześniu w Mediolanie przez słynny duet Dolce & Gabbana. De Mehlem jest pod wrażeniem włoskich designerów. Albo lakierowana torebka w gadzie łuski o kształcie wielkiej, staroświeckiej portmonetki z długimi uszami.
De Mehlem rozwija skóry tłoczone we wzory, które kojarzą się z kurdybanami na ścianach Wawelu: złote lub srebrne floresy na czerwonym, zielonym czy czarnym tle. Albo taki sam wzór wytłoczony na zamszu w dwóch odcieniach brązu.
- Kiedy zobaczyłem ich próbki u agenta, musiałem je kupić. Wzory to kopia XV-wiecznych motywów. Pasują do starej krakowskiej firmy z tradycjami. Współgrają z architektonicznymi kształtami torebek
– opowiada projektant.
Torebki de Mehlem wyróżniają się także skórzanymi podszewkami. Ulubiony zestaw kolorystyczny Filipa to czarna torba z czerwoną podszewką, ulubiony fason - duża torba biznesowa.
Egzamin na mistrza
Młody projektant szykuje się do egzaminu mistrzowskiego na kaletnika. Musi zaprojektować i sam uszyć torebkę. Jego mistrzem w zawodzie, nadzorującym pracę i postępy w nauce, jest Aneta Dąbrowska, od ponad 20 lat pracująca w manufakturze de Mehlem.
Ma także plany inwestycyjne – chciałby przenieść sklep i zakład w jedno miejsce i urządzić tam pracownię projektową z prawdziwego zdarzenia. A także miejsce do pracy i spotkań z klientkami. Myśli też o produkcji akcesoriów i toreb dla mężczyzn. Pierwszy wzór już powstał
– chodzi z nim codziennie do pracy.
Torebki marki de Mehlem noszą imiona klientek, pracownic, kobiet z rodziny. Na przykład „Elżbieta” (Penderecka). Projektant ma potencjał
– kto wie, czy wkrótce klientki nie będą zapisywały się na „Elżbietę”, tak jak oczekują w długich kolejkach na słynne torebki marki Hermes: „Kelly” (na cześć księżnej Monako Grace Kelly) czy „Birkin” (od nazwiska aktorki Jane Birkin).

