Brutalna prawda, niestety — możemy się na to oburzać, ale nie możemy tego nie dostrzegać — jest taka, że na europejskich giełdach, które ostro zanurkowały po wiadomościach o wybuchach w londyńskim metrze i autobusach, stworzona została... okazja do tańszych zakupów. Dowodzą tego doświadczenia po nowojorskiej hekatombie z 11 września 2001 roku czy madryckiej masakrze z 11 marca 2004 roku. Nie ma żadnego powodu, by inaczej było i tym razem.
Z punktu widzenia rynków finansowych straty są niewielkie i nie powinny mieć wpływu na giełdy. Życie ludzkie w takich wypadkach, niestety, jest „bez znaczenia”... To, co się dzisiaj wydarzyło na rynkach (dosyć głębokie spadki indeksów), jest czystą psychologią i paniką tych bardziej emocjonalnie zaangażowanych. Opamiętanie przyjdzie jednak szybko. Może nieco dłużej będą się podnosiły kursy firm ubezpieczeniowych, bo przy tego typu tragediach inwestorzy uświadamiają sobie, że to biznes podwyższonego, realnego ryzyka, ale też z czasem wrócą do równowagi. Do następnego razu.
Niestety, z punktu widzenia giełdowych graczy zagrożenie terroryzmem jest jeszcze jednym czynnikiem ryzyka, podobnie jak drożejąca ropa czy niepewność polityczna. Co bardziej odporni i na takim zamieszaniu potrafią zrobić dobry interes. Zdaję sobie sprawę z tego, jak okropnie brzmi to, co napisałem, ale nie ja to wymyśliłem. Ja to tylko widzę. Show must go on.