Do Ministerstwa Energii spływają opinie dotyczące zaproponowanego przez resort dwa tygodnie temu kształtu rynku mocy. Termin upłynął w poniedziałek, ale z naszych rozmów wynika, że niektóre organizacje branżowe jeszcze wczoraj szykowały stanowisko. — Opinie nadal spływają. Za wcześnie na formułowanie wniosków — usłyszeliśmy w biurze prasowym ME.
Pensja za gotowość
Dla sektora energetycznego nie ma dziś tematu ważniejszego niż rynek mocy. Jego idea zakłada, że wytwórcom energii będzie się płacić nie za wolumen wytworzonej energii (jak dotychczas), ale za gotowość do jej wytworzenia. W ten sposób rynek mocy odpowie na główną bolączkę elektrowni konwencjonalnych, czyli spadające przychody, a za nimi rentowność. Problem wynika z tego, że bloki węglowe i gazowe wytwarzają dziś mniej energii niż kiedyś, bo są z rynku wypychane przez rozwijające się źródła odnawialne, np. wiatraki. Mogłyby produkować więcej, ale to OZE, jako ekologiczne, mają pierwszeństwo w dostępie do sieci. W efekcie ci pierwsi mają problem z zyskownością i pokryciem kosztów modernizacji, co zagraża systemowi elektroenergetycznemu potrzebującemu energii z węgla i gazu, bo to źródła stabilne i zapewniające bezpieczeństwo.
Ministerstwo zaproponowało system aukcyjny, inspirowany modelem brytyjskim. Aukcje mają objąć całe zimowe zapotrzebowanie na moc, czyli 27-28 GW. Będzie mogło w nich wystartować każde źródło, o ile nie korzysta już z jakiegoś wsparcia i nie jest zlokalizowane za granicą. Pierwsza aukcja zostanie przeprowadzona pod koniec 2017 r. i obejmie energię z dostawą w 2021 r.
Więcej czasu, proszę
Największym beneficjentem rynku mocy będzie energetyka węglowa, głównie cztery państwowe grupy: PGE, Tauron, Enea i Energa. Opinię w ich imieniu przekazał Polski Komitet Energii Elektrycznej. Szczegółów PKEE nie podaje, ale z listu przewodniego wynika, że popiera pomysł. „Natomiast uważamy, że docelowy model powinien uwzględniać czas budowy elektrowni w poszczególnych technologiach” — czytamy w piśmie PKEE. Chodzi o zaproponowany przez ME czas pomiędzy aukcją a wymaganym momentem uruchomienia mocy. W przypadku pierwszej aukcji będą to cztery lata, co starczy np. na budowę bloku gazowego, ale węglowego — już nie. Poza tym PKEE postuluje doprecyzowanie wielu zapisów i zwraca uwagę na konieczność uzyskania akceptacji Komisji Europejskiej (tu deklaruje pomoc). Beneficjentem mogą też być elektrociepłownie, ale sektor nie przedstawił nam wczoraj swojego stanowiska. Pominięty przez ustawę czuje się zaś sektor energii odnawialnej. Aukcje mają bowiem dawać wsparcie źródłom stabilnym,podczas gdy np. wiatraki czy fotowoltaikę charakteryzuje zmienność.
— Dlatego nie złożyliśmy nawet formalnej opinii — usłyszeliśmy w Polskim Stowarzyszeniu Energetyki Wiatrowej. Opinii nie złożyła też Polska Izba Gospodarcza Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej. — Za mało czasu — tłumaczy Beata Wiszniewska, szefowa Izby.
Odbiorcy nie lubią płacić
Stanowisko na temat planowanej ustawy przygotowało natomiast Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu, czyli zrzeszenie najbardziej energochłonnych przedsiębiorstw w kraju (m.in. KGHM). Ich uwaga koncentruje się na wpływie rynku mocy na ceny energii elektrycznej. I widzą powody do niepokoju.
— Oszacowaliśmy, że dodatkowy koszt wynikający z wprowadzenia rynku mocy wyniesie w 2021 r. ok. 33,1 zł na MWh. Tyle zostanie dopisane do rachunku każdego odbiorcy w kraju, a globalnie oznacza to dodatkowy wydatek w wysokości 4,3 mld zł na rok — szacuje Henryk Kaliś, szef Forum. Jego szacunki przewyższają prognozy Krzysztofa Tchórzewskiego, ministra energii, który mówił o dodatkowych 2-3 mld zł. — To zależy od przyjętych parametrów, czyli m.in. kosztu budowy mocy oraz liczby wycofywanych bloków energetycznych — zauważa Henryk Kaliś. Rząd przewiduje, że ustawa o rynku mocy zostanie zaaprobowana przez Komisję Europejską do końca tego roku.