Rząd musi zapomnieć o prywatyzacji energetyki, dopóki nie ustali jasnych zasad działania tego sektora. Dziś nie mamy atrakcyjnej oferty dla inwestorów.
„Puls Biznesu”: Wydaje się, że prywatyzacja polskiej energetyki się skończyła — przynajmniej na jakiś czas. Mamy za to do czynienia z konsolidacją. Czy sądzi Pan, że przyniesie ona branży jakieś korzyści, czy też to tylko strata czasu?
Dariusz Marzec: Bezsprzecznie sektor dystrybucji energii jest dziś nadmiernie rozdrobniony — a więc niewątpliwie wymaga konsolidacji.
Pytanie brzmi, jak przebiega ta konsolidacja? Czy spółki dystrybucyjne tworzą struktury, których będzie od nich wymagała Unia Europejska, czy też jest to tyl- ko formalne wnoszenie jednych spółek do drugich bez kształtowania docelowego modelu tego biznesu?
A jak to u nas wygląda?
Być może zbyt mało wiem o tym, co się dzieje wewnątrz spółek, ale wydaje mi się, że mamy do czynienia raczej z konsolidacją formalnoprawną niż z restrukturyzacją biznesową.
Czy sądzi Pan, że taki właściciel, jak Skarb Państwa, jest w stanie poukładać ten sektor według kryteriów biznesowych?
Na pewno lepiej zrobiłby to właściciel, który miałby jakąś wizję funkcjonowania rynku i efektywności swoich aktywów. Nie odkryjemy Ameryki, stwierdzając, że Skarb Państwa nie zarządza najlepiej swoim majątkiem, bo nie jest zbyt mocno zorientowany na biznesowe aspekty działania firm. Najczęściej włącza się w zarządzanie w sytuacjach kryzysowych, kiedy jest już za późno i trzeba odkręcać pewne procesy, którym wcześniej można by przeciwdziałać dużo mniejszym wysiłkiem.
Czy w energetyce też możemy mieć do czynienia z takim kryzysem?
Nie sądzę, żeby poważny kryzys finansowy groził spółkom dystrybucyjnym — oczywiście zakładając ich restrukturyzację i to, że rozwiążą problemy z wieloma państwowymi klientami, którzy nie płacą za energię elektryczną.
Część z nich powinna rozwiązać się sama, bo na szczęście udało się sprywatyzować huty...
... niestety tylko za długi, a przypominam sobie czas, kiedy jeden z naszych klientów chciał kupić Hutę Katowice za duże pieniądze. Ale decyzja polityczna była wówczas na nie. Często interes ekonomiczny jest składany na ołtarzu interesów politycznych. Efekt jest taki, że po czterech latach trzeba ten majątek sprzedawać za symboliczną złotówkę, żeby inwestor spłacił długi.
Czy to samo zjawisko może dotyczyć energetyki?
Na pewno nie do tego stopnia, ale warto zwrócić uwagę, że jeszcze trzy lata temu due diligence Górnośląskiego Zakładu Elektroenergetycznego robiło ośmiu inwestorów. Dziś w przetargu na grupę G-8 został ostatni chętny, El-Dystrybucja.
Co Pan o niej sądzi?
Grupa G-8 potrzebuje silnego branżowego inwestora, który pomoże jej na rynku europejskim.
A więc, będąc dziś ministrem skarbu, nie sprzedałby Pan G-8?
Szukałbym inwestora strategicznego. A pomyśleć, że jeszcze trzy lata temu mogliśmy wybierać spośród pięciu firm, które znalazły się na krótkiej liście. Dziś nie ma już tych chętnych. Nie ma wiary w to, że polski rynek jest przewidywalny, że zostaną spełnione obietnice dotyczące zmian w systemie podatkowym (akcyza na energię elektryczną) i regulacji. Na to nakłada się związana z recesją ostrożność inwestorów w zakresie wchodzenia w nowe biznesy. Kiedyś cena nie była najważniejsza. Ważne było, żeby zaistnieć na rynku. Kilka polskich spółek energetycznych tak się sprywatyzowało. Dziś europejskie firmy kupują za granicą pod warunkiem, że to jest dobry biznes.
Czy w obliczu takiej sytuacji minister skarbu powinien zamknąć oczy i sprzedawać, nie patrząc na ceny, czy też jest szansa na poprawę koniunktury?
Myślę, że rząd nie ma szans sprzedać spółek energetycznych, jeśli nie ustali zasad, według których ten sektor będzie funkcjonował w następnych latach. Kto dziś kupi pojedynczą elektrownię, mając na względzie to, że jutro mogą zostać utworzone dwa państwowe pionowo zintegrowane koncerny? Inwestor musi widzieć zwrot na zainwestowanym kapitale, który w naszych spółkach dystrybucyjnych jeszcze niedawno nie był uwzględniany przy wyliczaniu taryf. Teraz jest wdrażany stopniowo, ale wcześniej był przekładany przez kilka lat. System regulacji działa w oparciu o mechanizm ograniczania wzrostu cen. Firma, która zredukowała koszty, nie przynosi z tego tytułu zysku właścicielowi, bo regulator natychmiast obcina ceny albo nie pozwala ich podnieść. To nie jest atrakcyjna oferta dla inwestorów.