Atmosfera przed szczytem Rady Europejskiej w Brukseli specjalnie nie odstaje od unijnej normy. Tradycyjnie trwają polityczne manewry i podchody, budżetowi antagoniści licytują się na oświadczenia oraz dobre rady dla... drugiej strony.
Największym paradoksem jest okoliczność, iż niedawne odrzucenie Konstytucji dla Europy przez Francuzów i Holendrów zwiększyło szanse osiągnięcia przez 25 państw członkowskich UE kompromisu w kwestiach finansowych! Po prostu: szefowie państw i rządów — odczuwający solidarną odpowiedzialność za klęskę, którą przecież wspólnie sprowadzili na Unię podpisami złożonymi pod traktatem w Rzymie — gwałtownie potrzebują sukcesu. I zdają sobie sprawę, że bez jakiejś tam konstytucji unijna wspólnota doskonale sobie poradzi jeszcze długie lata, brak budżetu w ogóle natomiast podważy sens jej istnienia.
Klucz do powodzenia szczytu leży w jednoczesnych ustępstwach Wielkiej Brytanii i Francji. Anglicy dopuszczają dyskusję o swoim składkowym rabacie — który 21 lat temu Margaret Thatcher wywalczyła pod hasłem „chcę moich pieniędzy z powrotem” — tylko pod warunkiem, że Unia (co w tym wypadku znaczy Francja) zmieni system finansowania rolnictwa. Nie ma oczywiście mowy, aby do spotkania w czwartek w Brukseli ktoś jako pierwszy ustąpił. Przypomina to wymianę jeńców, gdy dwie strony podejrzewają się wzajemnie o knowania i zarazem same knują...