Agenda kwartalnych szczytów Rady Europejskiej (RE) jest tak bogata, że dla omówienia wszystkich punktów powinny one trwać dwa dni, jak to kiedyś bywało. Ba, dzieje kolegialnej głowy Unii Europejskiej (UE) znają rekordowe debaty trwające nawet cztery dni. Tak długie szczyty RE powiązane były z tematem wyjątkowo drażliwym – uzgadnianiem siedmioletnich ram finansowych, które później rozpisywane są już stricte legislacyjnie na budżety roczne. 27 premierów/prezydentów (tych drugich uczestniczy zaledwie kilku) przyjmuje konkluzje RE z traktatową jednomyślnością, zatem ucieranie zapisów do ostatniego przecinka trwa długo. Notabene od czasów przewodnictwa Charlesa Michela w kadencji 2019-2024, a zwłaszcza po objęciu sterów RE przez Antónia Costę wpisywane są w spornych punktach konkluzji takie obejścia: „Tekst uzyskał zdecydowane poparcie 25 czy 26 szefów państw/rządów”. Brakujący do kompletu RE, czyli premierzy uprawiający obstrukcję, nie są wymieniani. Taka hybryda to proceduralny wynalazek, pozwalający na otrzymanie traktatowej jednomyślności, a zarazem uniknięcie decyzyjnego paraliżu. RE jest odpowiedniczką znanego nam z epoki PRL komitetu centralnego rządzącej partii, którego uchwały przetwarzane były później w Sejmie na ustawy. Kolegialna głowa UE nie uchwala jakichkolwiek dokumentów, wchodzących do tzw. acquis communautaire, czyli wspólnotowego dorobku prawnego, niemniej jej konkluzje uznaje za wiążące przede wszystkim Komisja Europejska (KE).
Na szczycie RE odbywającym się 19-20 marca 2026 r. właśnie w trybie hybrydowym przyjęte zostały punkty dotyczące Ukrainy. Sprzeciw wobec dalszego wspierania stowarzyszonego państwa napadniętego przez Rosję, a także 20. pakietu sankcji wobec agresora, wyrazili premierzy Robert Fico i Viktor Orbán, przy czym premier Węgier dodatkowo odmówił odblokowania 90 mld EUR pożyczki, a w tej kwestii hybrydowe obejście już nie jest możliwe. Przerażony perspektywą utraty po 16 latach wszechwładztwa Węgier uczynił właśnie Ukrainę głównym wątkiem negatywnej kampanii przed wyborami, które odbędą się 12 kwietnia. Oficjalnym powodem obstrukcji szefów rządów Słowacji i Węgier było wstrzymanie dostaw rosyjskiej ropy rurociągiem Przyjaźń, zbombardowanym w Ukrainie przez… Rosję. Postawa Viktora Orbána rozsierdziła nie tylko centralę UE, lecz także wielu premierowskich kolegów, którzy wyrażają nadzieję (oczywiście po cichu), że to ostatnia jego bytność na szczycie RE i 18-19 czerwca węgierski fotel zajmie już Péter Magyar.
Podziały nie 25:2 czy 26:1 lecz grupowe wywołuje spór o ETS (Emissions Trading System). Unijny system handlu emisjami dwutlenku węgla przewiduje zakup uprawnień przez firmy przemysłu energochłonnego i producentów energii elektrycznej po wykorzystaniu puli uprawnień przyznanych poszczególnym państwom. Rząd Polski domaga się reformy ETS, który w oczywisty sposób winduje w UE ceny za energię elektryczną. Przed szczytem RE premier Donald Tusk wraz z dziewięcioma innymi wezwał przewodniczącą Ursulę von der Leyen do dokonania przez KE gruntownego przeglądu systemu, w tym do przedłużenia okresu bezpłatnych uprawnień, które mają wygasnąć w 2034 r. Sygnatariuszami tego apelu są także premierzy: Włoch, Austrii, Bułgarii, Rumunii, Chorwacji, Grecji, Czech, Węgier i Słowacji. Dziesiątka państw tworzy mniej więcej zwarty terytorialnie blok wschodnio-południowy. Zdecydowanie inne spojrzenie ma ósemka rządów, które we wspólnym kontrliście zaapelowały, by absolutnie nie luzować ETS, ponieważ dobrze sprawdza się w procesie dekarbonizacji. Tę ósemkę stanowią: Dania, Szwecja, Finlandia, Holandia, Luksemburg, Hiszpania, Portugalia i Słowenia.
Ursula von der Leyen musi wyważyć sprzeczne interesy i przeciwstawne apele. W konkluzjach RE – w momencie ukończenia tego tekstu znałem tylko ich projekt – znajduje się kompromisowe wezwanie KE do przedstawienia „konkretnych działań mających na celu obniżenie cen energii elektrycznej w perspektywie krótkoterminowej, z uwzględnieniem zróżnicowanej sytuacji w poszczególnych państwach członkowskich, przy jednoczesnym zachowaniu długoterminowych sygnałów inwestycyjnych dla produkcji energii odnawialnej i niskoemisyjnej”. Z polskiego punktu widzenia strategiczne znaczenie ma zapis o „zróżnicowanej sytuacji”. W spolaryzowanej dyskusji tak naprawdę chodzi o to, jak głęboka będzie nieuchronna reforma ETS, którą KE wkrótce ma przedstawić. Populistyczne wyrzucenie systemu do kosza oczywiście w ogóle nie wchodzi w grę.

