Euro abstrakcją jeszcze długo

opublikowano: 26-09-2014, 00:00

Odejście po siedmiu latach i premiera Donalda Tuska, i ministra Radosława Sikorskiego radykalnie osłabiło pozycję rządu w relacjach międzynarodowych.

Premier Ewa Kopacz i minister Grzegorz Schetyna są przecież w dyplomacji kompletnymi nowicjuszami. Na szczęście mają się kim podeprzeć, przynajmniej na głównym odcinku unijnym. Znający brukselskie gierki od podszewki wiceminister Rafał Trzaskowski będzie przewodnikiem szefa MSZ na co dzień, a pani premier na szczytach Rady Europejskiej — najbliższy już 23-24 października. W takiej sytuacji automatycznie rośnie pozycja prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Ewa Kopacz
Zobacz więcej

Ewa Kopacz WM

Od początku III RP ukształtował się między „dużym” a „małym” pałacem naturalny podział kompetencyjny.

Zakłócony został jedynie w latach 2008–09 wojenką Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem o krzesło na szczytach unijnych. Ale przed Smoleńskiem wszystko się ułożyło — głowa państwa obstawia szczyty Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego i Organizacji Narodów Zjednoczonych, a premier Radę Europejską. Notabene wczoraj w Nowym Jorku prezydent przemówieniem na temat reformy ONZ starał się wzmocnić rządowe starania o zdobycie na dwuletnią kadencję 2018–19 rotacyjnego mandatu w Radzie Bezpieczeństwa, w której Polska ostatnio zasiadała w latach 1996–97. Jedno miejsce zawsze przysługuje naszemu regionowi i już wiadomo, że rywalką będzie unijna siostrzyca Bułgaria. Nikt nie ustąpi, zatem rozstrzygnie w 2017 r. głosowanie wszystkich członków ONZ. Porażka Polski byłaby jednak większym obciachem niż np. w siatkówce...

Szczególnym wątkiem aktywności prezydenta na styku polityki międzynarodowej z gospodarką stała się perspektywa przyjęcia przez Polskę euro.

Bronisław Komorowski przypomniał o tym nawet podczas powoływania gabinetu Ewy Kopacz, kładąc trudny temat „na sercu” nie tylko rządowi. Ale poza głową państwa o euro nikt nie chce wspominać, zwłaszcza przed wyborami. Z szeregów PO oraz najróżniejszych kręgów biznesu słychać na temat wspólnej waluty jednobrzmiącą opinię „tak, ale nie teraz”. Aspirujące do przejęcia rządów PiS mówi kategorycznie „nie”. Bez względu na to, kto za rok zdobędzie w obu izbach parlamentu ciut więcej mandatów, i tak nie ma mowy o zebraniu w Sejmie przez siły sprzyjające Eurolandowi większości kwalifikowanej do zmiany Konstytucji RP.

Z punktu widzenia Unii Europejskiej sytuacja jest nieco paranoiczna. W traktacie akcesyjnym z 2003 r., ratyfikowanym na podstawie pamiętnego referendum, Polska zobowiązała się przecież do przyjęcia euro, ale bez jakiegokolwiek terminu. Realia polityczne podpowiadają, że złoty utrzyma się jeszcze kilka kadencji parlamentu. Ostatnio zaczął się jednak przebijać inny wątek, już nie polityczny, lecz finansowy. Roztaczane są miraże, że może Polsce udałoby jakoś się skrócić pobyt albo w ogóle pominąć na drodze do Eurolandu walutową poczekalnię systemową ERM2. Dwuletni pobyt będzie okresem strasznie trudnym dla złotego, narażonego na spekulacyjne wahnięcia kursowe. Niestety, w realiach Eurolandu możliwość ominięcia poczekalni jest abstrakcją taką, jak rychła zmiana Konstytucji RP.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Euro abstrakcją jeszcze długo