Euro świętuje już 10 lat

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 19-01-2009, 00:00

Globalny kryzys wystawił wspólną walutę na najcięższą próbę w historii. Podobnie jak całą Unię Europejską

Niedawne obchody dziesiątej rocznicy debiutu euro pozwoliły na chwilę zapomnieć o kłopotach europejskiej gospodarki. Bez wspólnej waluty byłyby one zapewne jeszcze poważniejsze. Euro odziedziczyło wiarygodność niemieckiej marki i okazało się tarczą, za którą przed kryzysem finansowym mogły się schronić słabsze ekonomicznie kraje unii walutowej. Możliwość korzystania z zasobów Europejskiego Banku Centralnego (EBC) okazała się dla nich nieoceniona w czasie kredytowej posuchy. Gdyby nie przynależność do strefy euro, kraje takie jak Grecja czy Portugalia miałyby kłopoty z uzyskaniem finansowania, a ich obligacje musiałyby kusić znacznie wyższą premią w stosunku do oprocen-

towania obligacji niemieckich.

Zaufanie do EBC zapewniło krajom Eurolandu walutowy immunitet, ale sukces euro wydaje się oderwany od bilansu osiągnięć europejskiej gospodarki w ciągu ostatniego dziesięciolecia. Mimo zalet rozliczeń w jednej walucie jej wprowadzenie nie dostarczyło zjednoczonej Europie dodatkowego impulsu wzrostowego. Nie udało się przede wszystkim podnieść średniego tempa wzrostu do poziomu amerykańskiego. Wzrost gospodarczy w poszczególnych krajach UE okazał się bardziej zależny od lokalnych uwarunkowań ekonomicznych, niż od przyjęcia bądź odrzucenia wspólnej waluty.

Pozostająca przy koronie Szwe-

cja notowała niemal identycz-ną dynamikę PKB jak należąca

do strefy euro Finlandia, a su-

werenna walutowo Dania jako pierwszy kraj UE wpadła w recesję. Spekulacyjna bańka na rynku nieruchomości wystąpiła zarówno w Hiszpanii, jak i w Wielkiej Brytanii.

Na wyniku Eurolandu zawa-

żyły przede wszystkim trzy je-

go największe kraje — Niem-

cy, Francja i Włochy. Niskiej dynamiki ich gospodarek nie zdołało skompensować ożywienie w tych krajach, gdzie przyjęcie euro oznaczało spadek stóp procentowych i hossę na rynku nieruchomości. Szczególnie niepokoi przypadek Niemiec, których gospodarka mimo znacznego wzrostu wydajności i dużej nadwyżki handlowej rosła wyraźnie poniżej unijnej średniej. Potężny balast stanowi gospodarka Włoch, które moc-

no ucierpiały w wyniku globa-

lizacji i są przytłoczone prze-

kraczającym już 100 proc. PKB

długiem publicznym. Krytycy

euro przyczynę słabej koniunk-

tury w największych krajach Eurolandu upatrują w niemożności prowadzenia przez EBC dostatecznie elastycznej polityki. Ich zdaniem stopy EBC dla tej grupy krajów okazały się zbyt wysokie, podczas gdy dla innych były zbyt ni-

skie, wywołując gorączkę na

rynku kredytów hipotecznych.

Wyraźne odseparowanie strażników europejskiego pieniądza od rządów narodowych sprzyja ich większemu poczuciu odpowiedzialności za stabilność młodej waluty, niż za koniunkturę w poszczególnych krajach strefy. W lipcu ubiegłego roku, gdy w USA cena pieniądza już od dawna wędrowała w dół, EBC podwyższył stopę bazową do 4,25 proc., by dopiero we wrześniu zacząć najbardziej agresywny w swojej historii cykl redukcji. Cena pieniądza spadła do 2 proc., ale to nadal wyraźnie więcej niż w USA. Wcześniej Bank Anglii obniżył oprocentowanie podstawowe do poziomu 1,5 proc., najniższego od ponad 300 lat, a stopa szwedzkiego Riksbanku osiągnęła 2 proc.

Prezes Trichet musiał porzucić antyinflacyjną retorykę, gdyż gospodarka strefy euro weszła już oficjalnie w recesję. W III kw. ub. roku jej PKB obniżył się o 0,2 proc., identycznie jak w poprzednim kwartale. W skali roku gospodarka Eurolandu jeszcze jest na niewielkim plusie, ale wynik IV kw. może przesądzić o ujemnym bilansie rocznym. Krytycy rzekomo nazbyt restrykcyjnej polityki EBC w ostatnich latach powinni jednak pamiętać, że gdyby rzeczywiście taka była, podaż szerokiego pieniądza M3 nie miałaby w tym czasie dwucyfrowej dynamiki, wyższej niż w USA. Trudno odpowiedzialnością za mierne wyniki gospodarki Eurolandu obarczać bank centralny. Decydujący wpływ na koniunkturę ma jednak polityka fiskalna poszczególnych krajów i obowiązujący w nich model socjalny.

Statystyki dopingują europejskie rządy do działania, gdyż dane z przemysłu świadczą o postępującej zapaści. Produkcja przemysłowa w Niemczech i Francji zmalała w rok o ponad 6 proc., a w Wielkiej Brytanii o ponad 7 proc. Co gorsza, na horyzoncie nie widać oznak poprawy, gdyż wskaźnik nowych zamówień pikuje. Niemiecki eksport zmalał o ponad 10 proc., a strefie euro po raz pierwszy od 7 lat grozi deficyt handlowy. Europejscy konsumenci tną wydatki, czego wynikiem jest głęboki spadek indeksu koniunktury w sektorze usługowym. Wszystkie te dane malują obraz najgłębszej zapaści od co najmniej trzech dekad.

Trudna sytuacja gospodarcza i presja polityczna rodzą pokusę, by sięgnąć po tradycyjne narzędzia europejskiej polityki ekonomicznej, wykorzystywane często bez umiaru i z wątpliwym skutkiem w czasach poprzedzających unię monetarną. Stymulowano wówczas inwestycje kosztem wzrostu deficytu i długu publicznego. Podpisany w 1997 r. Pakt stabilizacji i rozwoju zdyscyplinował finansowo kraje przyszłego Eurolandu, czemu sprzyjała dobra koniunktura. Teraz jednak, gdy nastąpił wysyp rządowych planów ratunkowych i nawet Niemcy naruszą limit 3 proc. deficytu budżetowego, wzrasta ryzyko poświęcenia stabilności na rzecz doraźnego pobudzenia gospodarki.

Kryzys unaoczniło to, że mimo wzrostu poczucia ekonomicznej więzi w ramach UE dzięki wspólnej walucie polityka gospodarcza, w odróżnieniu od monetarnej, nie jest

koordynowana na poziomie ponadpaństwowym, co utrudnia wypracowanie optymalnego miksu monetarno-fiskalnego. Komisja Europejska wezwała do opracowania wartego co najmniej 200 mld euro planu ratunkowego, ale na razie inicjatywy antykryzysowe w ramach UE przypominają bardziej działania pospolitego ruszenia niż regularnej armii. Różnice zdań pojawiły się nawet w niemiecko-francuskim małżeństwie z rozsądku.

Włochy stać było na wysupłanie zaledwie 6 mld euro, podczas gdy Niemcy i Francja położyły na stole dziesiątki miliardów. Pakiet francuski opiewa na 26 mld euro, czyli 1,3 proc. PKB, z czego prawie połowa zostanie przeznaczona na inwestycje infrastrukturalne i badania rozwojowe. Borykająca się z najwyższym w UE bezrobociem Hiszpania zadeklarowała wydanie 27 mld euro w postaci cięć podatkowych dla firm i funduszy na prace publiczne. Wielka Brytania poszła inną drogą, decydując się szacowane na 20 mld funtów cięcia podatku VAT, mające na celu pobudzenie popytu konsumpcyjnego.

Kanclerz Merkel ogłosiła w listopadzie obliczony na 31 mld euro plan pomocowy, z czego jednak tylko 12 mld przewidziano na inwestycje. Plan pozostawił niedosyt i po negocjacjach z ko-

alicyjną SPD przyjęto plan wy-

dania dodatkowych 50 mld eu-

ro w okresie dwóch lat, co łącz-

nie wyniesie 1,3 proc. PKB.

Program przewiduje m.in.

zwiększenie wydatków na dro-

gi i szkoły oraz redukcję skład-

ki zdrowotnej. Powstanie tak-

że fundusz gwarantujący pożyczki przedsiębiorstw o kapitale 100 mld euro.

Kraje starej Unii przechodzą teraz najtrudniejszy test od 30 lat, gdy ich gospodarczą praktykę określano mianem eurosklerozy. Od tego czasu znacznie zmniejszono udział państwa w gospodarce, sprywatyzowano ociężałe monopole, odchudzono deficyty budżetowe. Jeśli jednak kryzys okaże się przewlekły, może ponownie negatywnie zweryfikować unijną gospodarkę. Stanie się tak, jeśli kraje Unii wrócą do nałogu budżetowego stymulowania gospodarki, zamiast szukać wyjścia za pomocą reform strukturalnych i podatkowych, by wzmocnić konsumpcję. Przy globalnym spadku popytu, być może długotrwałym, pobudzanie gospodarki poprzez stymulowanie inwestycji może okazać się nieefektywne.

Realizacja zapowiadanych wydatków spowoduje wyraźne przekroczenie 3 proc. limitu deficytu budżetowego w większości krajów Eurolandu. Tymczasowe naruszenie zasad, na które zgodziła się Komisja Europejska, może okazać się trwałe, co podminuje zaufanie do euro. Ryzyko jest wbrew pozorom spore i może bezpieczniej byłoby próbować osiągnąć cel przez redukcję podatków. Politycy starej Unii w większości jednak wciąż wydają się sądzić, że wysokie opodatkowanie dochodów jest fundamentalną zasadą UE. Wolą uniknąć precedensu, przekonując, że obywatele zaoszczędziliby te pieniądze, lepiej więc wydać je w ich imieniu. Jeśli te kalkulacje okażą się błędne, ceną za nieudaną próbę podtrzymania wzrostu może być utrata mozolnie wypracowanej walutowej stabilności.

Włodzimierz Uniszewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Włodzimierz Uniszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu