Gdybyśmy nie przespali okresu szybkiego wzrostu, o euro byłoby łatwiej. A tak musimy poczekać do 2018 r. — twierdzi ekonomista BNP Paribas.
Gdy premier zapowiedział wprowadzenie euro do Polski w 2011 r., większość ekonomistów mu przyklasnęła. Za trzy lata może jeszcze nie, ale już rok 2012 większość uznała za cel możliwy do osiągnięcia.
Tymczasem Michał Dybuła, ekonomista BNP Paribas na region Europy Środkowo-wschodniej, uważa, że dopiero za 10 lat Polska będzie przygotowana do wejścia do Eurolandu.
— W 2018 r. powinniśmy osiągnąć odpowiedni poziom realnej konwergencji w stosunku do krajów strefy euro. Jeśli wejdziemy do niej wcześniej, nie uda nam się odnieść w pełni korzyści, które wynikają z posiadania wspólnej waluty. Euro z pewnością przyspieszy wzrost gospodarczy w Polsce, ale na jak długo — to już zależy od poziomu naszego przygotowania — tłumaczy Michał Dybuła.
Polska ma zbyt niski poziom PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej, a także niską aktywność zawodową.
— Znacznie łatwiej byłoby wprowadzić euro, gdyby ostatnie lata prosperity nie zostały przespane. Mam tu na myśli zwiększenie elastyczności rynku pracy i reformę finansów publicznych. Teraz trudniej będzie przeprowadzić zmiany — dodaje Michał Dybuła.
A jak jego poglądy oceniają inni ekonomiści?
— 2018 r. to zbyt pesymistyczna prognoza. Wejście do strefy euro w 2012 r. będzie trudne, ale możliwe. Uda nam się spełnić kryterium deficytu i inflacji. A zmiany w konstytucji, niezbędne do wprowadzenia wspólnej waluty, parlament przegłosuje. Jeśli nie ten, to następny — komentuje Ryszard Petru, główny ekonomista Banku BPH.