Czytasz dzięki

Euro znaczone na zielono

159 mld EUR — na taką kwotę Polska może liczyć w wyniku ustaleń unijnego szczytu w Brukseli. Szczyt zakończył się we wtorek nad ranem, piątego dnia negocjacji. Liderzy państw członkowskich osiągnęli porozumienie w sprawie funduszu odbudowy po pandemii oraz budżetu Unii na najbliższych siedem lat. Ten pierwszy opiewa na 750 mld EUR, a ten drugi na 1 bln i 74 mld EUR. W konkluzjach szczytu można przeczytać, że „zasadniczo wszystkie wydatki UE powinny być zgodne z celami porozumienia paryskiego” oraz że „działania w dziedzinie klimatu zostaną uwzględnione w politykach i programach finansowanych”. Co to oznacza dla Polski? Tłumaczymy.

1. Sukces czy porażka

W pięciodniowych negocjacjach w Brukseli, rekordowo długich,
Polskę reprezentował premier Mateusz Morawiecki. Twierdzi, że nasz kraj odniósł
ogromny sukces negocjacyjny i przypomina, że od grudnia zeszłego roku Polska
„buduje swój plan dojścia do neutralności klimatycznej”.
Zobacz więcej

PREMIER I NEUTRALNOŚĆ:

W pięciodniowych negocjacjach w Brukseli, rekordowo długich, Polskę reprezentował premier Mateusz Morawiecki. Twierdzi, że nasz kraj odniósł ogromny sukces negocjacyjny i przypomina, że od grudnia zeszłego roku Polska „buduje swój plan dojścia do neutralności klimatycznej”. Krystian Maj

We wtorek, po zakończeniu szczytu, przedstawiciele polskiego rządu mówili o odniesionym przez Polskę sukcesie, podczas gdy ekolodzy podkreślali popełnione błędy.

— Mówimy o potencjalnie bardzo dużych pieniądzach. Dla Polski to dobre wieści, bo — przypomnijmy — jeszcze niedawno mieliśmy w perspektywie wyschnięcie źródła unijnych pieniędzy. Jednocześnie kryzys koronawirusowy obchodzi się z nami na razie łagodnie — uważa Aleksandra Gawlikowska-Fyk, kierownik projektu elektroenergetyka w think tanku Forum Energii.

Pełnej swobody w wydawaniu pieniędzy Polska jednak mieć nie będzie.

— W konkluzjach pojawił się też „hamulec awaryjny”, czyli opcja zatrzymania transferu pieniędzy, jeśli w ocenie większości członków UE będą one wydawane nieprawidłowo. Polski rząd nie ma więc podstaw do twierdzenia, że znowu nam się udało — dostaniemy pieniądze i będziemy je mogli wydać bez żadnych warunków. To nieprawda — podkreśla Urszula Stefanowicz, ekspertka Koalicji Klimatycznej.

2. Pieniądze są, ale w połowie zamrożone

Na podstawie informacji płynących z Brukseli Aleksandra Gawlikowska-Fyk zgaduje, że na samą transformację Polska mogłaby dostać 3-4 mld EUR. Na tę kwotę składają się 1,5-2 mld EUR zapisane we wcześniejszych dokumentach plus 1,5-2 mld EUR z puli uzgodnionej we wtorek nad ranem.

— Taka kwota będzie dla Polski dostępna pod warunkiem, że przyjmiemy zobowiązanie o dążeniu do osiągnięcia neutralności klimatycznej w 2050 r. Jeśli nie, możemy liczyć jedynie na połowę. Fundusz sprawiedliwej transformacji od początku miał wśród celów wspieranie neutralności klimatycznej, ale dopiero teraz jest mowa o tym, że ma to być warunek wypłaty pieniędzy — dodaje ekspertka Forum Energii.

Poza funduszem sprawiedliwej transformacji Europa ma mieć do dyspozycji na podobne cele również 30 proc. w ramach polityki spójności, a w ramach polityki rolnej nawet 40 proc. Tu kwoty dochodzą nawet do 100 mld EUR.

— Ustalenia Rady Europejskiej to nie jest jednak jeszcze prawo. Trzeba poczekać na rozporządzenie — podkreśla Aleksandra Gawlikowska-Fyk.

3. Polska i tak zmierza ku neutralności

Polska jest jedynym krajem UE, który wciąż nie zadeklarował dążenia do neutralności klimatycznej w 2050 r. Nie ma też w rządzie konsensusu w tej sprawie.

— Warto jednak pamiętać, że Polska i tak musi iść w tym kierunku. Przecież mamy stary majątek wytwórczy i niedofinansowane sieci przesyłowe. Jeśli chcemy masowo montować panele fotowoltaiczne na dachach, to musimy modernizować sieci. Musimy też to robić, jeśli chcemy mieć czyste powietrze — uważa Aleksandra Gawlikowska-Fyk.

4. Polscy górnicy mają powody do zmartwień

Według Greenpeace obcięcie Funduszu na rzecz sprawiedliwej transformacji będzie oznaczać zmniejszenie przydziału dla polskich regionów górniczych, tym głębsze że Polska nie zadeklarowała zamiaru osiągnięcia celu neutralności klimatycznej. Brak tego zobowiązania Greenpeace uważa za błąd.

— Za ten błąd zapłacą górnicze społeczności lokalne, które otrzymają znacznie mniej pieniędzy na transformację gospodarczą i przekwalifikowanie pracowników związanych obecnie z górnictwem — czyli na zmiany, które są nieuchronne i konieczne — mówi Joanna Flisowska, kierująca zespołem klimat i energia w Greenpeace Polska. Przypomina, że w latach 2015-19 wydobycie węgla kamiennego w Polsce spadło o 25 proc., a import wzrósł o ponad połowę.

Komentarze:

Jacek Zalewski - Żeby wspólnota była wspólnotą

Nadzwyczajny szczyt Rady Europejskiej (RE) zakończył się bezdyskusyjnie sukcesem, ponieważ idea zapisana w tytule nie obumarła.

Wyśrubowany został rekord długości zbiórki prezydentów/premierów, od piątkowego ranka do wtorkowego świtu, oraz kwot, o których decydowano — łącznie ponad 1,8 bln EUR. Wieloletnie ramy finansowe (WRF) 2021-27 pierwszy raz rozpatrzono na stacjonarnym szczycie 21 lutego, potem były tematem wideokonferencji, ostatni raz 19 czerwca, i wreszcie RE znowu zebrana stacjonarnie je zatwierdziła. Ale na plan pierwszy zdecydowanie wysunął się mniejszy kwotowo, lecz w krótkim horyzoncie ważniejszy koronafundusz.

Jak po każdym szczycie RE, wszyscy szefowie państw i rządów wieszczą w swoich państwach sukces. Chlubią się tym co dla nich najkorzystniejsze, chowają pod dywan wątki niewygodne. Dla Polski jest takim np. ustalenie szczytu, że tylko państwa zobowiązujące się do neutralności klimatycznej do 2050 r. mogą liczyć na większe pieniądze w tym obszarze. Zobiektywizowana i uczciwa ocena szczytu brzmi — porozumienie oczywiście jest historyczne, ale osiągnięte zostało kosztem wielu cięć w zwyczajnym wieloletnim budżecie. Poza tym powszechnie komentowany jest dualizm dotyczący powiązania funduszy z szeroko rozumianą kwestią praworządności. Różne są nawet… odczyty tego samego zapisu konkluzji RE, przewodniczący Charles Michel akcentuje, że wątki zostały jednak powiązane, natomiast premierzy Mateusz Morawiecki i Viktor Orbán zaprzeczają. Prawda jest taka, że werbalnie faktycznie zostały, ale to powiązanie jest nieprzekładalne na jakiekolwiek konsekwencje prawne. Typowo unijna sztuczka — jest, czyli nie jest.

Traktatowe WRF 2021-27 ustalone zostały kwotowo poniżej niedawnych jeszcze planów. Parlament Europejski, który zajmuje się wyłącznie stroną wydatkową, oczekiwał znacznie większego budżetu. Wyższy był także wyjściowy projekt z 2018 r. Komisji Europejskiej (KE) pod wodzą Jean-Claude’a Junckera. Nowa KE przewodniczącej Ursuli von der Leyen skorygowała projekt w dół i od wielu miesięcy trzymała się tej wersji. Notabene na pięciodniowym szczycie ponadnarodowy gabinet znajdował się na drugim planie. Było to nawet logiczne, wszak RE to najwyższy kolegialny organ wspólnoty, współtworzony przez szefów państw/rządów państw członkowskich.

Końcowy kompromis odzwierciedla postulaty grupy płatników netto. Całość koronafunduszu utrzymana została na poziomie 0,75 bln EUR, ale istotnie zmieniono proporcje między grantami a pożyczkami, co będzie miało poważne konsekwencje dla najważniejszych unijnych programów. Obniżenie rozdawnictwa pieniędzy z 0,5 do 0,39 bln EUR i zwiększenie kwoty pożyczek do 0,36 bln EUR zostało zaakceptowane przez płatników, którzy na początku w ogóle nie chcieli słyszeć o grantach. Konkluzje szczytu to bardzo obszerny dokument, liczący 67 stron. W pierwszej kolejności uregulowany został koronafundusz, a dopiero za nim WRF. Konkluzje to wielki zbiór wytycznych, tabelki z rozpisaniem ponad biliona euro znajdują się tylko na dwóch ostatnich stronach. Poszczególne państwa niemal nie występują, nielicznymi wyjątkami są np. rabaty dla pięciu płatników netto czy pieniądze dla trzech państw z naszego regionu likwidujących poradzieckie elektrownie atomowe. Tzw. koperty narodowe na razie istnieją tylko w dokumentach uczestników szczytu, uszczegółowione i upublicznione zostaną dopiero w unijnym rozporządzeniu jesienią.

Ignacy Morawski - Unia Europejska daje Polsce złoty róg

Od wielu lat komentatorzy ekonomiczni powtarzają, że trzecia dekada XXI w. będzie dla polskiej gospodarki trudna, bo wyraźnie obcięte zostaną fundusze europejskie.

Wprawdzie ich wpływ bywa przeceniany, nie ulega jednak wątpliwości, że są głównym czynnikiem decydującym o modernizacji infrastrukturalnej kraju. Ich cięcie mogłoby więc być bolesne.

Ostatnie decyzje podjęte w ramach UE zmieniają tę perspektywę o 180 stopni. Pieniędzy dostaniemy nie mniej, lecz znacząco więcej. Przez cztery lata funduszy będzie ponad dwa razy tyle, ile oczekiwano. Licząc bieżące transfery netto, mieliśmy dostać ok. 1,5 proc. PKB rocznie z tradycyjnych tzw. wieloletnich ram finansowych, a otrzymamy ok. 4-5 proc. PKB z budżetu tradycyjnego oraz specjalnego funduszu rekonstrukcji. To potężne kwoty, które mogą nie tylko umożliwić Polsce znaczną rozbudowę infrastruktury, ale również ułatwić poradzenie sobie z największym wyzwaniem XXI w. — transformacją energetyczną z węgla na OZE.

Z Unii przez cztery lata otrzymamy mniej więcej tyle, ile łącznie wydajemy na inwestycje publiczne. Jest szansa, że dzięki tym funduszom uda się szybciej nadrobić straty gospodarcze po kryzysie epidemicznym. Przypomnę, że według projekcji Narodowego Banku Polskiego roczny ubytek PKB wskutek epidemii to ok. 6 proc. przez kilka lat — o tyle niższy niż w scenariuszu bez wirusa będzie nasz dochód krajowy co najmniej do 2022 r. Fundusze europejskie pozwolą odrobić dużą część tej straty — nie tyle dzięki zwiększeniu inwestycji publicznych, ile dzięki impulsowi popytowemu, który podniesie ogólną oczekiwaną ścieżkę dochodów w gospodarce, co zachęci do inwestycji także firmy prywatne. Ta potężna stymulacja nadchodzi akurat w momencie, gdy tzw. mnożniki fiskalne, czyli wpływ wydatków budżetowych na PKB, są wyjątkowo wysokie.

Nie wszystkie fundusze UE otrzymamy w formie grantów. Część będą stanowiły pożyczki, które będziemy zwracali w latach 2028-58. Nie uwzględniłem zwrotów w transferach netto, bo nastąpią dopiero w kolejnych dekadach, więc nie będą miały wpływu na sytuację makroekonomiczną Polski w najbliższych latach.

Z perspektywy dekady nie ma znaczenia, czy otrzymamy granty czy pożyczki. Jest to zagraniczny transfer podnoszący dochody możliwe do przeznaczenia na inwestycje bez obniżania stopy konsumpcji. Mówiąc obrazowo, żeby wymienić kocioł grzewczy w domu, nie musimy rezygnować z kupna samochodu.

Z perspektywy długookresowej udział pożyczek w funduszach UE ma już jednak pewne znaczenie. Skoro część pieniędzy będziemy musieli oddać, to wydać je musimy na projekty przynoszące maksymalne możliwe zyski. W kolejnej dekadzie możemy się stać krajem, który łącznie otrzymuje z UE niewiele więcej, niż wpłaca, więc tę dekadę musimy wykorzystać na 100 procent. Unia Europejska daje nam złoty róg i nie możemy tego zaprzepaścić.

Jestem bardzo daleki od przekonania, że fundusze UE są kluczowym czynnikiem decydującym o rozwoju kraju. Onetylko wspierają kraj, który ma wystarczającą dozę szczęścia i jest odpowiednio zarządzany. Jako gospodarka niewytwarzająca najważniejszych światowych technologii nie jesteśmy panami własnego losu. Możemy jednak zadbać o trzy elementy: otwartość na świat, stabilność instytucji i stabilność makroekonomiczną. Jeżeli spełnimy te warunki — co obecnie robimy na szkolne cztery z minusem (czwórka z otwartości, pała z instytucji, piątka ze stabilności makro) — jest duża szansa, że fundusze europejskie znacząco podniosą standard życia w Polsce.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Polecane