Euronext jest naturalnym partnerem dla Warszawy
Zdaniem prezesa GPW Wiesława Rozłuckiego, warszawski rynek w ciągu ostatnich 10 lat wywalczył sobie czołowe miejsce w regionie. Wiesław Rozłucki nie ma jednak złudzeń. Jego zdaniem, nie ma możliwości, by giełda mogła w przyszłości funkcjonować samodzielnie, a naturalnym partnerem dla niej jest Euronext.
„Puls Biznesu”: Czy w ciągu ostatnich 10 lat spełnił Pan wszystkie swoje ambicje?
Wiesław Rozłucki: W ciągu ostatniej dekady udało się nam stworzyć podwaliny i bazę do funkcjonowania dobrze rozwiniętego rynku kapitałowego, w tym samej giełdy. Warszawski parkiet zajmuje obecnie czołowe miejsce w regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Jest to swego rodzaju wskaźnik spełniania ambicji, z poziomu którego jestem dosyć zadowolony. Nie wszystko jednak w całości zostało dobrze zrobione. Czekająca nas integracja z giełdami europejskimi jest na pewno trudnym zadaniem, jednak o tyle łatwiejszym, że struktura i organizacja naszego rynku jest odpowiednia do modeli funkcjonujących w krajach Europy Zachodniej.
„PB”: Jaka jest obecna pozycja GPW?
W.R.: To zależy, jaką perspektywę bierzemy pod uwagę. Jeśli chodzi o pierwsze 10 lat funkcjonowania w regionie Europy Środkowej i Wschodniej, to nasza pozycja jest bardzo mocna. Posiadamy największy rynek kapitałowy w tej części Europy. Jednak jeśli odniesieniem mają być rynki krajów zachodnioeuropejskich i najbliższe 10 lat, to nasza pozycja jest zupełnie inna. Tutaj walka konkurencyjna jest o wiele trudniejsza. Dla nas punktem odniesienia będą średnie giełdy europejskie. Z nimi mamy szansę powalczyć i konkurować. W konfrontacji z tymi rynkami wcale nie stoimy na straconej pozycji.
„PB”: Jakie czynniki mogą skutecznie wzmocnić pozycję GPW i trwale ożywić warszawski rynek akcji?
W.R.: W przypadku rodzimego rynku widoczny jest brak pozytywnego sprzężenia zwrotnego między inwestycjami a zwrotem z kapitału. Żeby giełda się rozwijała musi być zapewniony stały dopływ kapitału. Opiszę to na przykładzie spółki, która podnosi swój kapitał poprzez emisję akcji. Obejmują ją inwestorzy. Pozyskane środki firma przeznacza na inwestycje, które przynoszą odpowiedni dochód, co z kolei przenosi się na wynik finansowy spółki. Ten następnie znajduje odzwierciedlenie w rosnącym kursie akcji spółki na giełdzie. Niestety tego schematu wciąż brakuje na GPW. Podstawowym problemem naszej giełdy jest to, że spółki które były małe, nadal pozostają małe, średnie nie rosną by dołączyć do grona największych. Motorem rozwoju każdej giełdy są zyski spółek.
„PB”: Czy prywatyzacja może pomóc w metamorfozie giełdy?
W.R.: Prywatyzacja parkietu jest jednym z głównych elementów naszych planów strategicznych. Uważam, że giełdy zaczną bardzo silnie ze sobą konkurować, już wkrótce będą działać jak normalne przedsiębiorstwa nastawione na zysk. Będzie to walka o osiągnięcie jak najwyższej efektywności, a prywatyzacja GPW może pozwolić nam poprawić, a na pewno utrzymać, pozycję na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Sądzę, że jest to perspektywa roku, maksymalnie trzech lat.
Prywatyzacja czy też upublicznianie giełd jest obecnie tendencją ogólnoświatową. Wiele wskazuje na to, że do końca roku wszystkie główne giełdy europejskie będą miały status spółek publicznych. Nie chcę, by warszawska giełda stała z boku, obok nurtu zachodzących zmian. Trzeba jednak pamiętać, że decyzje prywatyzacyjne nie są podejmowane przez GPW. Nie jesteśmy sprzedającym, ale sprzedawanym. Odnosimy na szczęście wrażenie, że główny akcjonariusz GPW jest przekonany o celowości tych założeń. Zmiany na scenie politycznej, jak choćby zbliżające się wybory, mogą ten proces nieco opóźnić, ale na pewno nie zatrzymać. Warszawska giełda, co warto podkreślić, nie była nigdy przedmiotem rywalizacji politycznych. Uważam to za swój osobisty sukces.
„PB”: Czego przez te 10 lat nie udało się zrealizować?
W.R.: Pewnym rozczarowaniem jest liczba inwestorów indywidualnych, aczkolwiek nigdy nie spodziewałem się takiego zainteresowania giełdą jak w 1993-94 roku. Apetyt jednak rośnie i obecna stagnacja stanowi dla mnie rozczarowanie. Mam także mieszane odczucia co do inwestorów strategicznych. Z jednej strony mamy przykłady pozytywne, ale są i całkowite wynaturzenia. Od samego początku byłem zwolennikiem inwestorów strategicznych, którzy dysponując pakietem 30-40 proc. akcji we współpracy z inwestorami portfelowymi mogliby skutecznie zarządzać spółką. Pojawiają się jednak inwestorzy dążący wyłącznie do wyprowadzenia spółki z parkietu. Nie jest to dobre dla giełdy, ani dla gospodarki kraju.
Sporym rozczarowaniem dla mnie był także program NFI. Były z tym wiązane duże nadzieje, a po kilku latach sektor ten stanowi marginalną część rynku.