Europa ta sama - ale nie taka sama

Jacek Zalewski
opublikowano: 17-04-2003, 00:00

Gdyby atmosfera patosu i uniesienia, unosząca się nad wczorajszym szczytem europejskim w Atenach, mogła przenieść się na codzienność nowej Unii Europejskiej — wówczas byłaby to kraina wiecznej szczęśliwości. Nie ulega wątpliwości, że data 16 kwietnia 2003 r. będzie drukowana w podręcznikach historii pogrubioną czcionką na kartach chwalebnych. Jednak niemal natychmiast po rozjechaniu się państwowych delegacji spod Akropolu ich euforia ustępuje miejsca chłodnym kalkulacjom.

Przede wszystkim nie jest znana odpowiedź na podstawowe pytanie: jak Unia poradzi sobie organizacyjnie i finansowo z tym największym w jej dziejach rozszerzeniem. Spośród dziesięciu państw, które od 1 maja 2004 r. przystępują do europejskiej wspólnoty, zdecydowana większość odstaje o całą klasę od najsłabszego gospodarczo ogniwa dotychczasowej UE — którym notabene jest triumfująca wczoraj Grecja. Wspólny unijny budżet relatywnie bardzo się kurczy i kwestią pierwszoplanową staje się, kto i jak będzie nim dysponował.

Nic dziwnego, że już rysują się pierwsze podziały w nowej Unii. Wczoraj w Atenach 16 mniejszych państw — 7 dotychczasowych członków i 9 wstępujących (czyli wszystkie oprócz Polski) — ponowiło zdecydowany sprzeciw wobec koncepcji unijnych potentatów, aby na kilkuletnią kadencję wybierany był stały przewodniczący Rady Europejskiej. Mali chcą utrzymać zasadę przewodnictwa rotacyjnego (z ewentualnym wariantem grupowym) oraz wzmocnić pozycję Komisji Europejskiej. Kwestia ta wywoła gorący spór już na najbliższym szczycie, który zbierze się 20 czerwca w Salonikach na zakończenie prezydencji greckiej. Polskę czeka pierwszy trudny wybór — z jednej strony opłaciłoby się trzymać z wielkimi (tak jak czyni to nasza parytetowa bliźniaczka Hiszpania), z drugiej jednak wypadałoby podtrzymać istnienie Grupy Wyszehradzkiej...

Ateński szczyt dowiódł, że problem Iraku to — na szczęście dla Europy — tylko incydent na drodze do integracji. Okolicznością sprzyjającą wyciszeniu owego drażliwego tematu był rzecz jasna przebieg wojny i błyskawiczny upadek Saddama Husajna. Dla wszystkich państw członkowskich pozostaje jednak oczywiste, że sprawą absolutnie strategiczną jest ukształtowanie na nowo stosunków powiększonej UE ze Stanami Zjednoczonymi. W tym kontekście wypada zwrócić uwagę na pewien symbol, który wczoraj europejskie i polskie media dyskretnie pomijały. Traktat akcesyjny podpisywany był na terenie Agory, w zadaszonym kolumnowym portyku króla Attalosa II. Otóż ta lśniąca marmurami antyczna budowla ma z historią tyle wspólnego, co np. Zamek Królewski w Warszawie — została pieczołowicie zrekonstruowana od poziomu zera. Uczynili to w latach 1953-56... Amerykanie, siłami Szkoły Studiów Klasycznych za pieniądze Fundacji Rockefellera. Biedna Grecja w owych czasach o takiej narodowej inwestycji nie mogła nawet śnić, podobnie jak o członkostwie w Unii Europejskiej. Grecja — a cóż dopiero Polska...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy