Jakby było mało doniesień o naszych eurosceptycznych bliźniakach, Komisja Europejska opisała horror na polskich drogach. Niezła zaliczka na nowy sezon turystyczny 2006. Raport Brukseli mówi prawdę, niestety. W przeliczeniu na liczbę mieszkańców, rekordowa liczba ofiar śmiertelnych na drogach daje nam prymat w Europie. Co roku znika miasteczko — nie mniej niż 5500 osób. Cała prawda jest jeszcze gorsza niż te ponure statystyki. Jakieś fatum wisi od lat nad polską infrastrukturą transportową.
Transport jest największą porażką III RP. Składają się na to dziurawe, kolizyjne drogi. Ponadto, brudne pociągi, wydłużające na progu XXI wieku czas podróży. I jeszcze nieszczęście, zwane Okęciem, przeklinane przez tysiące pasażerów. Szlaki wodne nie istnieją, chociaż istniały sto lat temu. Polska zapaść transportowa nie jest jednym z wielu wymiarów cywilizacyjnego zapóźnienia, nadrabianego po roku 1989. Wcale nie nadrabiamy. Zwiększamy dystans. Jesteśmy skansenem na tle Czech, Słowacji, Węgier, Litwy, Estonii, a nawet Białorusi! Zmieniali się ministrowie transportu, ale nie dali rady. Ostatnia nadzieja w europejskich funduszach. Zadziałają, jak w Hiszpanii, jeśli będą narzędziem śmiałego, politycznego projektu. Jeśli wola budowania wygra z upodobaniem do komisji śledczych i szukania haków...