Z europejskiej gospodarki napływa coraz więcej pozytywnych informacji. Uważnie obserwowane badania PMI za wrzesień pokazują, że mimo kryzysu energetycznego nastroje w przemyśle w strefie euro są coraz lepsze. Poprawę widać też w Czechach i w Polsce, choć w u nas w mniejszym stopniu. Uwagę zwraca duża różnica między sektorami dóbr kapitałowych (maszyny, urządzenia, komponenty, zbrojenia) a dóbr konsumpcyjnych. Różnice widać też na giełdach.
To jest, jak sądzę, symptom głębszej zmiany gospodarczej: produkowanych jest coraz więcej rzeczy, które nie przyniosą ludziom tak oczywistych korzyści jak w przeszłości. Będzie więcej bezpieczeństwa militarnego, więcej czystej energii i ochrony środowiska, więcej danych przetwarzanych przez superwydajne algorytmy, ale niekoniecznie więcej tego, co definiowało dobrobyt.
Ogólny indeks PMI dla przetwórstwa w strefie euro wzrósł we wrześniu do 52,9 pkt — najwyżej od 52 miesięcy i powyżej długookresowej średniej. Rośnie bieżąca produkcja, nowe zamówienia, a także, co bardzo pozytywne, zatrudnienie. Nie zatrzymał tego kryzys energetyczny. Wręcz mógł nawet pomóc, bo wzmógł zapotrzebowanie na zapasy w niektórych branżach.
Jedno zdanie z komentarza do badań prowadzonych przez firmę S&P Global wzbudziło jednak moją największą uwagę. Napisano tak: „Ożywienie napędza rosnący popyt na dobra inwestycyjne, takie jak maszyny i urządzenia. We wrześniu ich produkcja rosła najszybciej od popandemicznego odbicia sprzed pięciu lat. Stoi za tym przede wszystkim większe zapotrzebowanie na sprzęt związany ze sztuczną inteligencją i obronnością. Popyt na dobra konsumpcyjne nadal jednak spada, ponieważ wzrost kosztów życia ogranicza wydatki gospodarstw domowych”.
Innymi słowy, jest więcej armat, a mniej masła. Ten zwrot: armaty kontra masło (ang. guns vs butter) jest zwykle używany do określenia dylematu społecznego powstającego, kiedy trzeba produkować bardzo dużo dóbr kapitałowych przy jednoczesnym ograniczeniu możliwość produkcji dóbr konsumpcyjnych. Dziś istnieje duże zapotrzebowanie na inwestycje w zbrojenia, źródła czystej energii, centra danych, z czego nie ma oczywistych korzyści dla konsumentów.
Dokładnie to samo widać na giełdach. Indeks Eurostoxx 600 grupujący spółki z branż towarów i usług przemysłowych pnie się do góry dynamicznie, a analogiczny indeks dla dóbr i usług konsumpcyjnych od kilku lat spada. Takiego rozjazdu między tymi indeksami dawno nie było. Pierwszy w ciągu roku wzrósł o 7,2 proc., drugi spadł o 15 proc.
Możliwe, że ta dywergencja jest przejściowa. Wraz ze wzrostem zatrudnienia zacznie się też poprawiać popyt konsumpcyjny i z miejsca ruszą też sektory nastawione na konsumenta. Popyt z sektorów dóbr kapitałowych dzięki efektom mnożnikowym rozleje się na całą gospodarkę, wyciągając ją z wieloletniej stagnacji. Oby tak było, trzymam za ten scenariusz kciuki.
Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, określił ten optymistyczny scenariusz w taki sposób w rozmowie ze mną na X: „Fala inwestycji wzbiera, para idzie w nowe moce. Jeżeli nowe moce są do produkcji dóbr inwestycyjnych, to kolejna faza filtracji zabiera czas. Użyjmy analogii: powstała 1/3 dróg, ale ciągle budujemy 2/3. Dopiero uczymy się z dróg korzystać. Darmowej drogi w konsumpcji nie widać”.
Myślę jednak, że tu jest potrzebny nie tylko czas, ale też pewne zmiany preferencji. Ludzie muszą nauczyć się internalizować korzyści z dóbr publicznych, których nie używają na co dzień — z większego bezpieczeństwa, mniejszych emisji gazów cieplarnianych itp. Czy w naszym turbokonsumpcyjnym społeczeństwie, nastawionym tylko na to, kto czego ma więcej, to jest możliwe?
