Familia struga miliard

aktualizacja: 13-02-2017, 12:08

Zielonogórski Stelmet nie zadowala się liderowaniem w europejskiej produkcji architektury ogrodowej. Stanisław Bieńkowski i jego syn Przemysław po cichu szykują plan szybkiej ekspansji. Za pieniądze z giełdy wybiorą się na duże zakupy w Europie.

Tak, na okładce tego numeru „PB Weekendu” brakuje fotografii jeszcze jednej postaci — Stanisława Bieńkowskiego, ojca Przemysława. Twórcy i najważniejszego mózgu zielonogórskiego Stelmetu, europejskiego lidera w produkcji elementów architektury ogrodowej. Do mediów wysyła członka zarządu i zarazem syna, lecz tak naprawdę wciąż to on jest spiritus movens spółki, zmierzającej na giełdę po 200 mln zł. W Zielonej Górze, w siedzibie firmy, senior wita nas szerokim uśmiechem i weekendowym strojem.

Zobacz więcej

PRZEMYSŁAW BIEŃKOWSKI: DO EUROPY NA ZAKUPY Marek Wiśniewski

Z miejsca przeprasza, że nie będzie pozował do zdjęć i w ogóle to już sobie idzie. Chory jest, zresztą jak zwykle, gdy próbują się do niego przebić dziennikarze. Przybyli z Warszawy PR-owcy mają kwaśne miny, syn również nietęgą. Ot, cały tata. Postanawiam chwycić się ostatniej szansy.

— No przecież pański syn nie pamięta lat 80…, nie jest też prezesem. Mam białe plamy w tekście zostawić, po to jechałem przez pół Polski? — pytam.

Trafiam w dobre miejsce obrotowych drzwi medialnego humoru prezesa. Zaczyna się szarpana kronika człowieka, który na drewnie zbudował firmę wartą grubo ponad miliard złotych. Urywana, anegdotyczna, gdzie losy i czyny wyłaniają się nieraz z blado zarysowanego tła. Pokazująca, że ten 63-latek ma umiejętności i ambicje sięgania wyżej niż po obecne rejony 60 mln zł zysków rocznie. W tej konstelacji jest i syn, którego świeżość, zapał, potencjał mają zwiększyć gwarancję sukcesu.

Góra na palcu

— Przede wszystkim sprostujmy te okropne krasnale ogrodowe. To nieporozumienie, nigdy ich nie produkowaliśmy. Choć kiedyś przeszło mi to przez myśl, kiedy się dowiedziałem, ile niektórzy zarabiali na przemycanych w krasnalach papierosach — żartuje Stanisław Bieńkowski, pochodzący ze Skępego w Kujawsko-pomorskiem. Do Zielonej Góry rzucił go język rosyjski, którym władał, ale nie na tyle biegle, by po technikum dostać się na studia w Bydgoszczy. A w kamasze ani mu się śniło iść.

— W „Gazecie Pomorskiej” znalazłem listę uczelni technicznych, na które były wolne miejsca i które rekrutowały we wrześniu. Zamknąłem oczy i na chybił trafił wybrałem palcem Zieloną Górę. Tu już z rosyjskim sobie poradziłem, tu też poznałem przyszłą żonę — wspomina przedsiębiorca.

Dotychczas takich historii nie opowiadał nikomu spoza kręgu znajomych. Stelmet wysyłał do mediów zwykle suchy komunikat o otwarciu kolejnej fabryki i folder z nowymi modelami altanek ogrodowych. Teraz, zapewne za namową speców od wizerunku i ze świadomością rychłego giełdowego debiutu, Stanisław Bieńkowski dopowiada swoją historię szerszej publiczności. I okazuje się, że wcale nie jest mrukiem, lecz świetnym rozmówcą, mającym humor, swadę, błysk. Ale też mało czasu.

— W 1985 r. zostawiłem pracę w Urzędzie Wojewódzkim, dostałem na odchodne trzykrotność miesięcznych poborów. Chciałem robić coś więcej, widziałem nowe możliwości. Firmy działały pod egidą spółdzielni rzemieślniczej, to ona prowadziła całą księgowość, wspierała je kredytowo, płaciło się podatek dochodowy od obrotu. Dało się żyć, zacząłem od razu w drewnie, produkując chałupniczo małe elementy architektury ogrodowej dla jednej z firm polonijnych. Strugało się listwy, ramiaczki i tym podobne drobnostki.

Kiedy firma polonijna upadła, kolega zaproponował wypad do Szwecji w poszukiwaniu kontrahentów. Pierwszy transport — kolejowy — dwóch wagonów desek boazeryjnych i od razu wpadka. Towar dojechał do Szwecji zapleśniały, mokry. Pieniędzy nie dostaliśmy, ale nawiązaliśmy tam kontakty — zaznacza właściciel Stelmetu, którego nazwa to połączenie wyrazów stolarka, elektronika i metal.

Kalkulator na promie

Z metalem nigdy nic ciekawego nie wyszło, ale z elektroniką owszem. Pod koniec lat 80. to właśnie na elektronice Bieńkowski senior zarabiał na życie. Gdy do Szwecji jechał ledwie 5,5-metrowy Star wypełniony towarem (ciężarówka zwana Zenkiem miała tę zaletę, że mogła parkować w poprzek na zapchanympromie), przedsiębiorca tylko czekał, by za część zarobionych dewiz (była wówczas taka oficjalna możliwość) sprowadzić komponenty elektroniczne. Brzmi patetycznie, ale w rzeczywistości były to zwyczajne kalkulatory, kupowane w setkach sztuk u żydowskich handlarzy w Szwecji.

— W drodze powrotnej na Bałtyku rozkręcałem kalkulatory i pokazywałem polskiej izbie celnej komponenty. Potem skręcałem je w całość i sprzedawałem z kilkukrotnym przebiciem — opowiada Stanisław Bieńkowski.

Przebicie na szwedzkim rynku dawała też znajomość z Bernardem Knitterem, polonusem, ekszapaśnikiem, dwukrotnym olimpijczykiem i brązowym medalistą mistrzostw świata. 78-letni dziś Knitter swego czasu po drugiej stronie Bałtyku miał nie lada koneksje. Między innymi za jego namową Bieńkowski senior wziął kredyt na kupno maszyny do produkcji palisady. I tak przez lata palisada była jednym z hitów eksportowych na północ kontynentu. Nawet wówczas, gdy Bernard Knitter zniknął już z biznesowego pejzażu Stelmetu po jednej z nierozliczonych właściwie transakcji.

— Przez lata wpadek mieliśmy kilka. Szczególnie, gdy co jakiś czas ciągnęło mnie do importu obiecujących towarów zza granicy. W ten sposób przynajmniej wyleczyłem się z handlu, zostałem przy rozwijaniu produkcji — stwierdza Stanisław Bieńkowski.

Lekcja od Atosa

Syn prezesa, Przemysław, do dziś wspomina chwilę, gdy w latach 90. do domu przyszedł komornik, uprzejmie, acz stanowczo pytając o telewizor. To były czasy zapaści Stelmetu po serii nieudanych pomysłów handlowych. Tiry po rozładunku drewnianych zestawów zamiast puste wracały z Zachodu z towarem, na który miał być nadzwyczajny popyt nad Wisłą. Pierwszym było bodajże piwo.

Poszło średnio — lokalny dystrybutor Elektromis mocno ściął dobrze zapowiadające się marże. Zabawki — znowu bez sensacji. Artykuły gospodarstwa domowego — to już był dramat, przez działania nieuczciwych dystrybutorów Stelmet stracił okrągły milion marek niemieckich. Brakowało środków obrotowych przy podstawowej działalności, konta zajęły banki. Przez rok Stanisław Bieńkowski wygrzebywał się z dołka.

— Czasem na być albo nie być wpływ miał np. pies przybłęda Atos. Pamiętam go dobrze, bo hodowcom nieopodal naszego pierwszego zakładu w Ochli zagryzał króliki, samodzielnieotwierając klatki. Do tego kradł jaja i je zakopywał. Parę razy trochę mnie dobił, kiedy musiałem płacić za szkody — uśmiecha się przedsiębiorca i dorzuca smakowite opowieści, jak zdobywał rynek niemiecki i nawet miał własny plac handlowy pod Berlinem (spółkę utopił oddelegowany pracownik) i jak z francuskim pośrednikiem spisywał umowy na kartce papieru, ot, podczas konsumpcji schabowego pod Gorzowem. To był romantyczny czas dla biznesu, kiedy umowa na gębę była w Europie świętością, relacje zawodowe przeradzały się w przyjaźnie, a praca fizyczna była codziennością prezesa.

— Za dawnych czasów pracowałem przy maszynach, mam papiery na pojazdy wszelkiego typu. Ponad 200 razy jechałem tirem na Zachód z transportem, przywoziłem drewno z tartaku, ładowałem towar wózkiem widłowym, ślęczałem nad schematami załadunków — przyznaje najbogatszy zielonogórzanin, który dziś najchętniej korzysta z licencji pilota awionetek i śmigłowców.

Geografia białych plam

Zapytacie państwo, dlaczego akurat jemu, jednemu z wielu w tym segmencie rynku tak doskonale się powiodło? Czy tylko dlatego, że w końcu przebiegły Atos zdechł i przestał obciążać budżet Stelmetu? Czy może dlatego, że urzędowa kariera Stanisława Bieńkowskiego, o której tak niechętnie i mało mówi, była od 1979 r. do 1986 r. (jak wskazują dokumenty IPN) między innymi służbą w kontrwywiadzie w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych, gdzie doczekał się stopnia porucznika?

Koneksje i pozycja na lokalnej scenie to z pewnością były jego atuty w biznesowych początkach. Ale bez wątpienia przydawała mu się także wyjątkowa rzutkość, luz podejmowania trudnych decyzji, skrupulatność oraz łatwość, z jaką nawiązuje relacje z ludźmi, jeśli mu na nich zależy. Swoje dokładają geografia i makroekonomia: położenie zakładu blisko zachodnich rynków zbytu (dziś firma sprzedaje głównie do Niemiec, Francji, Włoch i Wielkiej Brytanii), dostęp do źródeł surowca (miasto z trzech stron otaczają wiekowe lasy) oraz tania siła robocza spowodowały, że pergola lub palisada z logo Stelmetu jest równie dobra, ale tańsza od zachodniej.

Przejęta nie tak dawno przez Stelmet brytyjska marka Grange Fencing już część produkcji przenosi do Polski. Tu tzw. ogrodówka się opłaca, stąd można przeskakiwać kolejne płoty, stawiane przez zmyślną konkurencję. Oczywiście, jeśli dopracuje się procesy produkcji i logistyki do perfekcji.

Druga kampania

— To produkt, którego montaż wymaga znaczącego udziału pracowników i produkcji nie da się całkowicie zautomatyzować. Do tego Stelmet sam rozwinął wszystkie etapy wytwarzania programu ogrodowego, więc nie ma poddostawców i osiąga wyższe marże od konkurencji. Nawet produkty uboczne w pełni zagospodarowujemy i produkujemy z nich pellet czy wytwarzamy prąd i ciepło w piecach na biomasę. To już kilkanaście procent naszych przychodów — mówi Przemysław Bieńkowski, pokazując jeden z rozległych zakładów Stelmetu na opłotkach miasta.

Suchy dźwięk przesuwanych świeżo struganych pni przecinają tam krótkie uderzenia nitownicy, spinającej elementy palisady.

Stosy pni na olbrzymim placu uświadamiają skalę, do jakiej urósł zielonogórski prymus. W ostatnim roku obrachunkowym przy ponad 570 mln zł przychodów Stelmet wycisnął 65 mln zł zysku przy 85-procentowym eksporcie. W tym roku, jeśli spółka podtrzyma tempo wzrostu to według wyliczeń „Pulsu Biznesu”, przychody wzrosną do nawet ponad 600 mln zł. W kolejnych latach cel nawet dla laików wydaje się jasny — miliard zbudowany na rozruszaniu produkcji w nowym zakładzie w Grudziądzu i na przejęciach rywali z zachodniej Europy. Na razie europejski lider po raz drugi — po nieudanej kampanii w 2008 r. — podjął temat debiutu na GPW.

Tym razem spadł on na barki 36-letniego Przemysława Bieńkowskiego, który po studiach na SGH i kilku epizodach w biznesie oraz bankowości jakieś 8 lat temu wrócił na łono familijnego biznesu.

Syn w czyśćcu

Wejście Bieńkowski jr miał w klimacie crash testu. Stelmet jesienią 2008 r. niemal leżał na deskach. Nie chodziło wcale o nieudane podejście do giełdy, lecz o odkrycie, że dyrektor finansowy po cichu, mimo zakazu reszty zarządu, wplątał firmę w historię opcji walutowych.

Bomba wybuchła, gdy Stanisław Bieńkowski odebrał korespondencję z Citibanku, wzywającego do zapłaty kilkuset tysięcy złotych. A to był ledwie czubek góry lodowej, łączne zobowiązania Stelmetu z racji opcji walutowych i umów z siedmioma bankami przekroczyły 120 mln zł. To był fatalny moment — spółka miała jeszcze kilkusetmilionowe linie kredytowe na budowę zakładu i działalność obrotową. Z dnia na dzień wierzyciele odcięli ją od gotówki. Senior rzucił się ratować chwiejącą się produkcję, junior dostał kaskaderskie zadanie negocjowania z bankami. Sprawę ułatwiało to, że Stelmet był rentowny i dobrze rokujący.

— To był czternastomiesięczny czyściec. Spotkania, telefony, zwroty akcji, nerwy, siedem różnych kultur korporacyjnych... Udało się — zaznacza Przemysław Bieńkowski. Koniec końców dziś 2,6 tys. produktów Stelmetu znajdziemy nie tylko w ogrodach całej Europy, ale i w większości tamtejszych liczących się marketów budowlanych. Doskonała logistyka, konik Stanisława Bieńkowskiego, pozwala dostarczać na czas ponad 98 proc. dostaw.

Fotografia przyszłości

Już wychodzącego chyłkiem prezesa pytam w drzwiach o cel i sens sponsorowania zielonogórskich drużyn żużlowych i koszykarskich oraz o rolę jego córki Dominiki. Odpowiada niezbyt wylewnie i opuszcza scenę. Przemysław Bieńkowski dopowiada, że siostra po odebraniu gruntownej i wszechstronnej edukacji w Europie i w Stanach (m.in. doktorat z biologii molekularnej oraz MBA), osiadła w Berlinie i tam rozwija swój startup ÜberEnergy, optymalizujący zużycie energii cieplnej w domach. Dostała właśnie grant na 300 tys. euro. Kto wie, może niedługo Dominika Bieńkowska będzie operacyjnie wytyczała nowe kierunki rozwoju Stelmetu, te bardziej futurystyczne?

Teraz jej brat wspiera ojca w dopinaniu kilku przejęć konkurencyjnych firm z Zachodu. W Niemczech, we Francji i na Wyspach Brytyjskich Stelmet chce mieć wkrótce dwucyfrowe udziały w rynku. Bieńkowscy wierzą, że po wszystkich biznesowych lekcjach, jakie odebrali, pójdzie łatwiej, bez wielkich wpadek. Tylko jedno się zapewne nie zmieni — Stanisław Bieńkowski do mediów wciąż będzie przychodził z L4 lub szybował w miejscach dla nich niedostępnych. Gdy stoimy pod wiatami hal, co rusz słychać charakterystyczny warkot silnika śmigłowca. Pracownicy plotkują, że to zapewne szef znów oswaja się z najnowszą zabawką — lśniącym eurocopterem. Bawiąc w przestworzach, zapewne nie tylko ładuje baterie, ale też układa sobie fotografię przyszłego pejzażu, w jakim osadzi Stelmet. Bo co jak co, ale w Europie płotów do przeskakiwania nie brakuje. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu