„Puls Biznesu”: — Często myli Pani ze sobą role menedżera i żony?
Elżbieta Penderecka: — Jestem z Krzysztofem szmat czasu. 37 lat. Tworzymy rodzinę, którą zawsze budowaliśmy wspólnie. Od wielu lat towarzyszyłam mężowi przy jego pracy. To właśnie życie w środowisku artystów i świat koncertów były motywacją do tego, co teraz robię. Nigdy jednak nie sądziłam, że będę to traktowała zawodowo...
- Ale...
— Chwileczkę. Pracuję zawodowo, ale społecznie. Zawsze podkreślam, że nie biorę za swoją pracę wynagrodzenia. I — by odpowiedzieć na pańskie pytanie bezpośrednio — staram się, abyśmy przynajmniej w chwilach wolnych od licznych zajęć mojego męża mogli być po prostu z rodziną. Pielęgnuję to. Nasi znajomi uważają, że z sukcesem.
- Ale czuje się Pani menedżerem?
— Zależy, co się przez to rozumie... Ja po prostu sprowadzam do Polski artystów i organizuję koncerty z ich udziałem. Przygotowuję je również od strony merytorycznej. Zajmuję się zatem nie tylko „zarządzaniem ludźmi”.
- I wszystko za darmo?
— Kiedyś mnie irytowało, gdy wielu zajmowało tylko to „ile ona naprawdę na tym zarobiła?”, „a jaki miała w tym interes?”, „czy to kosztowny kaprys nudzącej się żony?”. Dziś mam już do tego niezbędny dystans, choć czasem o niego trudno. Ale... Fakt, mam w tym interes. Wszystko, co robię, wynika z chęci podzielenia się z ludźmi tym, czego się nauczyłam u boku męża. Przecież właśnie dlatego wymyśliłam beethovenowski festiwal! Od początku chciałam, by to było absolutnie moje dziecko! Dlatego zaczęłam zajmować się angażowaniem artystów. A to wiąże się niestety z tym, że muszę negocjować warunki finansowe...
- Niestety?
— Tak, bo zawsze — urządzając festiwal — zdaję sobie sprawę, jakim budżetem dysponujemy i jaki musimy mieć. Muszę pamiętać, że jednak jesteśmy w Polsce — wciąż przed wejściem do Unii Europejskiej. I jednocześnie staram się za każdym razem dowieść, że żyjemy w kraju, gdzie nie powinno się przepłacać honorariów artystom, gdy zarobki naszych muzyków są ciągle poniżej średniej krajowej.
- A przepłacamy?
— Do niedawna w wielu wypadkach honoraria wybitnych artystów sprowadzanych do Polski były dużo wyższe niż za granicą. Zapanowała opinia, że w Polsce można bardzo dobrze zarobić. A to przecież sprzeczne choćby z naszą sytuacją gospodarczą...
Przed laty sponsorów można było trochę łatwiej pozyskać, bo na polski rynek wchodziły nowe firmy, potrzebowały się pokazać, chciały ugruntować pozycję. Dziś niektóre z nich utrzymują wspaniałe obroty, ale już nie są absolutnie zainteresowane sztuką przez duże „S”.
- Dlaczego?
— Ano właśnie. Nie wiem. Kwestia gustu? Może i tego, że jesteśmy masowo zalewani tanią rozrywką?
- Co Pani ma na myśli?
— Nie chciałabym nikogo obrazić... Może to i szczęście, że nie wszyscy mamy ten sam gust?
- Chce Pani przez to powiedzieć, że tania rozrywka jest czymś złym?
— Broń Boże! Nie twierdzę też, że wszyscy mamy się interesować muzyką klasyczną. Tylko pamiętajmy, że młodzi ludzie często kształtują gusta na tym, co się im prezentuje, proponuje. Przykład z brzegu: telewizja publiczna, która już w nazwie ma zapisane przesłanie powinna m.in. spełniać rolę edukacyjną. A coraz mniej w niej wielkiej sztuki, coraz więcej zaś właśnie taniej rozrywki. To mnie martwi.
- Widać takie zmartwienia bardziej Pani pomagają, niż przeszkadzają w pozyskiwaniu sponsorów. Ponoć jest Pani niezwykle skuteczna w nakłanianiu naszych biznesmenów do wydawania pieniędzy na koncerty muzyki klasycznej — mimo że nie bardzo się do tego kwapią?
— Wie pan... Żmudne to i często wręcz upokarzające. Ten tzw. found raising — zupełnie zrozumiały na całym świecie — u nas dopiero raczkuje. Pora dostrzec, że nie tylko państwo i miasto powinny sponsorować wydarzenia kulturalne. Musimy nauczyć się w inny sposób pozyskiwać pieniądze. Przypomnę truizm: przecież np. w Stanach Zjednoczonych nie ma właściwie mecenatu państwowego.
- Tak Pani narzeka, a to już będzie siódmy z kolei Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena w Krakowie. Myśli Pani, że to już przejaw profesjonalizmu czy po prostu kobiecy upór i jakaś żelazna konsekwencja?
— Raczej upór i konsekwencja. Za każdym razem zastanawiam się, czy za rok zdołam doprowadzić do kolejnego spotkania? Dopinguje mnie mąż. Stworzyłam w ciągu zaledwie 6 lat duży festiwal. Po 4 latach zostaliśmy przyjęci do Europejskiego Stowarzyszenia Festiwali w Genewie. Zrzesza ono w tej chwili około 90 festiwali — w tym te największe: m.in. w Salzburgu, w Edynburgu, w Lucernie. Dostać się do tego stowarzyszenia niełatwo. Zwykle festiwale mogą się starać o członkostwo po 5 latach, ja spróbowałam po 4 — i udało się. To też mi dało doping, by nie rezygnować z walki o fundusze. Jednocześnie było bodźcem, by ów festiwal rozbudować. Zaczęliśmy od kilku dni...
- A jak będzie w tym roku?
— 11 pełnych dni — co najmniej 2 koncerty dziennie. Do tego wystawa manuskryptów — czyli autografów kompozytorów, których utwory gramy na festiwalu. W ten sposób chcemy doprowadzić do zetknięcia słuchacza z zapisem. Słuchacza, który może niekoniecznie jest wielkim melomanem. Tak się przecież pozyskuje nową publiczność: trzeba ją czymś zainteresować. To chyba też jedyny festiwal, któremu towarzyszy konferencja muzykologiczna. Zapraszamy wybitnych profesorów: temat zawsze jest inny (w tym roku — „Beethoven i muzyka baroku”). Wiele koncertów transmituje radio... Zwróciło na to uwagę Europejskie Stowarzyszenie Rozgłośni (EBU) i będziemy mieli transmitowaną na żywo IX symfonię Beethovena — koncert zamykający VII festiwal. Myślę, że to wielka reklama — nie tylko dla festiwalu, ale przede wszystkim dla kraju i miasta. W Krakowie, w Polsce dzieje się coś wspaniałego! Usłyszymy wielkie dzieło, wielkiego Europejczyka. Zadyryguje tym dziełem Amerykanin, zagra jedna z najwybitniejszych polskich orkiestr — z Katowic. Zaśpiewa chór krakowskiej filharmonii, a soliści będą międzynarodowi. I ten niezwykły tekst IX symfonii: „Alle Menschen werden Brűder”: „Wszyscy ludzie będą braćmi”. Na moment przed referendum akcesyjnym i przed naszym wejściem do Unii Europejskiej... Również przez tegoroczny festiwal znów potwierdzamy, że w tej Europie jesteśmy od dawna. Nie miejmy aż tak strasznych kompleksów, wykorzystajmy, co mamy najlepszego! Aby to pokazać, potrzebujemy tych, którzy wesprą nasze działania!
- Tak słucham tego wszystkiego i coraz bardziej zachodzę w głowę — skąd w Pani tyle determinacji? Wielu prezesów życzyłoby sobie takiego daru. Proponowano kiedyś Pani objęcie stanowiska szefa w jakiejś dużej firmie?
— Nieee... Chociaż kiedyś tak — jedna z firm amerykańskich. Ale wtedy nawet nie myślałam, że mogłabym się na serio zająć menedżmentem. Sądziłam, że moja rola to przede wszystkim wspomagać męża. Nigdy zresztą nie miałam na tym punkcie kompleksów. Bo „przy mężu” może mieć rozmaite znaczenia. Myślę, że towarzyszyć artyście, to dla mnie szczęście. Jestem przekonana, że muzyka Krzysztofa — czy ją ktoś lubi czy nie — przejdzie do historii. Ale wracając do pańskiego pytania — sądzę, że ta determinacja to efekt doświadczenia. Z jednej strony przydała się praktyka — pilnowania kalendarza, negocjowania kontraktów męża, wspólne od lat prowadzenie wielkiego Festiwalu im. Pablo Casalsa w Puerto Rico. A z drugiej strony — po prostu i to, że zawsze byłam obecna, zawsze chodziłam z mężem na próby, że towarzyszyłam mu w czasie koncertów, że wszędzie i zawsze staraliśmy się być razem. Jeśli tworzył, to w domu. Przy tym była obecna rodzina. To wszystko dało mi zrozumienie, jaki jest los artysty, jak czuje się osamotniony — bo tworzy sam. Kiedyś pomyślałam, że może chociażby w części mogłabym pomóc i innym. Najbardziej młodym, którzy dopiero ruszają w trudny świat i nie bardzo wiedzą, jak się tam znaleźć. Samotnie wyruszyć i nawet przy dużym talencie zrobić karierę jest bardzo trudno. Mam ukochane dzieci, choćby krakowską orkiestrę Sinfoniettę Cracovię.
- Wychodzi na to, że te festiwale wzięły się z tego, że poznała Pani duszę artysty.
— Żeby to było takie proste...
