Finanse wciąż stoją na kotwicy

Adam Sofuł
opublikowano: 13-06-2007, 00:00

Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej — twierdzi minister finansów Zyta Gilowska. Istotnie, jej konferencje prasowe zaczynają przypominać wystąpienia jednego z jej poprzedników — Grzegorza Kołodki. Wszystko, co ma rosnąć — rośnie, to, co ma spadać (np. bezrobocie) — spada. Podstawowa różnica jest taka, że Zyta Gilowska potrafi o tym wszystkim opowiadać bez rekwizytów, jej konferencje obywają się więc bez świeżego pieczywa lub nożyczek.

Z faktami nie ma co się spierać — wyniki gospodarcze są znakomite — wzrost PKB jest imponujący, prognozy są korygowane w górę, nikt nie kwestionuje spadku bezrobocia. Przedstawione wczoraj założenia budżetowe też można ocenić jako realistyczne — szacunki wpływów i wydatków budżetowych wyglądają na pierwszy rzut oka rozsądnie, przewidywany wzrost PKB 5,7 proc. też nie grzeszy nadmiernym optymizmem. I można by z Ministerstwem Finansów otwierać szampana, by świętować dobre wyniki i jeszcze lepsze prognozy, gdyby nie jeden szkopuł. Kotwica budżetowa, która określa, że deficyt budżetowy nie może przekroczyć 30 mld zł. I nie przekracza. Ale też się nie zmniejsza poniżej tego progu. Przynajmniej w założeniach budżetowych i potem w projekcie ustawy.

Trzymanie w ryzach deficytu budżetowego jest działaniem chwalebnym. Kotwica budżetowa przestaje jednak być narzędziem, które to umożliwia. Przypomnijmy — mechanizm kotwicy budżetowej został wprowadzony przez ministra finansów Marka Belkę, w sytuacji gdy finanse publiczne znajdowały się na skraju katastrofy. Wówczas kotwica miała nieco inną formułę, zresztą w praktyce zastosowano ją tylko raz, ale — powtórzmy — to było działanie ratunkowe. Politycy się jednak do takiego mechanizmu przyzwyczaili i przyjęli uspokajającą zasadę, że skoro mamy kotwicę, to z finansami publicznymi wszystko jest OK. To uspokojenie staje się ułudą.

Przy obecnej koniunkturze gospodarczej można by spokojnie deficyt budżetowy zmniejszać, o czym świadczy chociażby wykonanie ubiegłorocznego budżetu. W tym roku, dzięki wyższym wpływom budżetowym pewnie znowu deficyt będzie o kilka miliardów mniejszy. W ten sposób próg 30 mld zł deficytu z przestrogi dla polityków przed zwiększaniem wydatków staje się zaproszeniem do ich rozdymania. Skoro wpływy do budżetu rosną, to znaczy, że jest dodatkowo parę miliardów do wydania, i to zapewne nie na nowe drogi, bo lepiej pieniądze dać tym, którzy głosują w wyborach. To źle wróży zapowiadanej szumnie od miesięcy reformie finansów publicznych. Aby ją przeprowadzić, potrzebne będzie nie tylko uporządkowanie finansów (a to w istocie zapowiada minister Gilowska), ale też zmiana ich struktury. Będzie to trudne przy wciąż wysokim deficycie i braku widocznej woli do jego zmniejszenia. To, że deficyt nie rośnie, mogłoby być sukcesem ministra finansów w sytuacji załamania gospodarczego. W okresie znakomitej koniunktury to raczej powód do wstydu. Kotwica staje się balastem.

Adam Sofuł

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu