Wzrost cen paliw powoduje spadek sprzedaży na stacjach. Bo Polak potrafi i kupi taniej. W szarej strefie albo na Wschodzie.
Wzrost cen ropy naftowej pociągnął za sobą dramatyczne podwyżki cen paliw na stacjach. I mimo że ostatnio cena baryłki spadła do około 65 USD, analitycy nie wykluczają ponownych podwyżek. Jak na wyższe ceny, które w przypadku benzyn raźnie maszerują ku 5 zł za litr, zareagowali Polacy? Ograniczyli zakupy, i to znacząco.
— Latem ubiegłego roku klienci tankowali dziennie na mojej stacji około 10 tys. litrów paliw. Obecnie sprzedajemy poniżej 7 tys. — mówi Aurelia Kuran-Puszkarska, szefowa Polskiej Izby Paliw Płynnych i właścicielka stacji w Warszawie.
Potwierdzają to także inni dystrybutorzy.
— Kiedy litr benzyny kosztował 3 zł, moje dzienne obroty wynosiły około 9 tys. zł. Teraz cena wzrosła do blisko 4,50 zł, a obroty ani drgnęły — mówi Mirosław Kulak, właściciel stacji paliw położonej w okolicach Zduńskiej Woli.
Jego zdaniem, klienci wyraźnie ograniczają wydatki na paliwa.
— Mam stałego klienta. Kilka lat temu, gdy paliwo kosztowało 2- -2,5 zł, tankował za 20 zł. Obecnie jednorazowo na zakup paliwa wydaje taką samą kwotę — dodaje Mirosław Kulak.
Nie dziwi więc, że klienci szukają tańszego paliwa.
— Bardzo wzrosła turystyka paliwowa. Ludzie przywożą paliwa z Ukrainy czy Białorusi. W konsekwencji mniej sprzedają rodzime stacje. Największe spadki dotyczą regionów położonych wzdłuż wschodniej granicy kraju — Białostocczyzny, Podlasia czy Podkarpacia — mówi szefowa izby paliw.
Dodaje, że ludzie coraz chętniej decydują się także na zakupy w szarej strefie.
W obliczu rosnących cen paliw rząd zdecydował się niedawno na obniżkę akcyzy na benzynę o 25 gr na litrze. Rozporządzenie w tej sprawie wejdzie w życie 15 września. Czy oczekiwanie na spadek cen także wpłynęło na ograniczenie zakupów?
— Na razie nie obserwujemy takiego zjawiska. Ludzie muszą przecież jeździć. Może coś zacznie się zmieniać w przyszłym tygodniu — uważa szefowa izby.