Fortel goni fortel

Dawid Tokarz
opublikowano: 2003-07-04 00:00

Dlaczego Energopol Oil nie prowadzi działalności, a jego rachunki bankowe zajął komornik?

Zaciekły jest ten konflikt. Zaciekły i skomplikowany. Przeciwnicy: Energopol Oil i Odin Energy — kiedyś partnerzy —uciekają się do forteli, byle tylko zablokować ruch przeciwnika. Ostra gra — na terytorium Polski, Litwy — toczy się o całkiem pewne zyski z wydobycia ropy naftowej. Bo petrolity łatwo zmienić w petrodolary.

Upłynęły już z górą dwa lata, od kiedy należący do państwa Petrobaltic i prywatny Energopol Oil przejęły ponad 80 proc. akcji litewskiej kompanii naftowej AB Geonafta. Spojrzeć z boku: świetny interes —wysokie ceny ropy wręcz gwarantują sowite dochody!

Dlaczego jednak Energopol Oil od kilku miesięcy nie prowadzi działalności, a jego rachunki bankowe zajął komornik? Ano dlatego, że gwałtowne starcie przeniosło się z rynku litewskiego do Polski. Jeden z udziałowców Energopol Oil wystawił kilka weksli, za które teraz odpowiada majątkiem sama firma. Władze polskiej spółki odpowiedzialnością za swe wielkie kłopoty obarczają Thomasa Haseltona, Amerykanina, zarządzającego duńską firmą naftową Odin Energy. A ten odrzuca wszelkie pretensje — i kontratakuje.

W październiku 2000 r. międzynarodowe konsorcjum Naftos Gavyba stało się właścicielem największej litewskiej kompanii naftowej, AB Geonafta. Za ponad 80 proc. akcji spółki konsorcjum zapłaciło 52 mln litewskich litów (około 14 mln USD). Nabywcy w umowie z litewskim rządowym Funduszem Własności Państwowej zobowiązali się zainwestować w rozwój firmy 56 mln litów (około 15 mln USD) przez pięć lat.

To, dotychczas, największa polska inwestycja w tym kraju. Większościowymi udziałowcami Naftos Gavyba są bowiem Petrobaltic (42,7 proc.) i Energopol Oil (25,01 proc.). Pozostałe 32,29 proc. należy do litewskich spółek: wielobranżowej Western Lithuanian Industry and Finance Corporation (WLIFC) oraz brokerskiej — Vivum.

Spółkę Energopol Oil w listopadzie 1999 r. założyli Edward Szymański i Energopol Ekspres (firma zależna holdingu Energopol Warszawa). Przed miesiącem pisaliśmy o tym, że we władzach Energopolu Oil znalazły się osoby, których nazwiska kilka lat wcześniej pojawiały się w tzw. sprawie Gawriłowa (tego rosyjskiego biznesmena media oskarżały o współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi, przejęcie kontroli nad Bankiem Powierniczo-Gwarancyjnym i obrót pieniędzmi niewiadomego pochodzenia).

Bliskim współpracownikiem Gawriłowa był, mieszkający w kompleksie budynków ambasady rosyjskiej (i posługujący się jeszcze tym obywatelstwem), Siergiej Brioukker. Ten sam, który w 1999 r., ale jako obywatel niemiecki Siegfried Brücker, został prezesem Energopolu Oil. Jak to się stało, że Siergiej Brioukker vel Siegfried Brücker, obciążony prokuratorskimi zarzutami (w dodatku polska policja ścigała go dwukrotnie listem gończym), został szefem firmy, której udziałowcem była spółka zależna tak dużej firmy jak Energopol Warszawa?

— Brioukker przyszedł do nas z bardzo konkretną ofertą, którą byliśmy zainteresowani. Ciekawy wydawał się zarówno handel ropą (chodzi o import z Kaliningradu — przyp. aut.), jak i późniejszy projekt prywatyzacyjny na Litwie. Sprawdzając go, nie dotarliśmy do żadnych potwierdzonych opinii negatywnych — prawdopodobnie ze względu na zmianę obywatelstwa... O sprawie karnej i o tym, że wysyłano za nim listy gończe, dowiedzieliśmy się dopiero, kiedy doszło do konfliktu Brioukkera z Edwardem Szymańskim — mówi Władysław Śnieżyński, prezes Energopolu Ekspres (właściciela 49 proc. akcji Energopolu Oil).

Nasi dobrze poinformowani rozmówcy wątpią jednak, by właściciele Energopolu Oil nie wiedzieli nic o przeszłości Brioukkera. Tym bardziej że znał on się bardzo dobrze i z Edwardem Szymańskim, i Zdzisławem Misztalem, członkiem zarządu Energopolu Oil. Na pytanie „dlaczego Brioukker?” nasi informatorzy dają prostą odpowiedź: miał on to, co w handlu z krajami byłej WNP (szczególnie w handlu ropą) nadal najważniejsze: znajomości. Umiał je wykorzystać. I zaoferować.

Starcie Brioukker-Szymański, o którym wspomina Władysław Śnieżyński (szczegółowo pisaliśmy o tym przed miesiącem), dotyczy wydarzeń z 2001 r. Wtedy to Szymański sprzedawał w transzach udziały w Energopolu Oil obywatelce Rosji Wierze Markinie (za cenę nominalną: 250 tys. zł). Wiera Markina to nikt inny jak siostra Brioukkera, mieszkająca w Kaliningradzie. Można domniemywać, że rzeczywistym nabywcą był więc sam Brioukker. Szymański twierdzi, że sprzedał udziały za tak niską cenę po tym, gdy Brioukker dwukrotnie, w obecności świadków, oświadczył, że zapłaci w Moskwie za jego zabicie — jeśli nie sprzeda tych udziałów.

Sprawą gróźb karalnych zajęły się organy ścigania. W grudniu 2002 r. śledztwo w tej sprawie jednak umorzono. Powód? 7 października 2002 r. Brioukker zginął w wypadku samochodowym pod Elblągiem. Po śmierci Rosjanina zwołano nadzwyczajne walne zgromadzenie udziałowców Energopolu Oil. Zapadła decyzja: sprzedaż udziałów Szymańskiego uznano za nieważną. W aktach sądu rejestrowego jako właściciel ponownie pojawił się Polak.

W unieważnieniu sprzedaży udziałów pomagali Szymańskiemu prawnicy Amerykanina Thomasa Haseltona, szefa duńskiej firmy naftowej Odin Energy. Ten były amerykański komandos zarządza także litewską firmą wydobywczą Minjos Nafta. Połowę udziałów w tym przedsiębiorstwie ma — kontrolowana przez Petrobaltic i Energopol Oil — Geonafta. Stąd właśnie Edward Szymański znał Haseltona.

W kwietniu 2002 r. panowie ci podpisali umowę opcji sprzedaży udziałów Szymańskiego w Energopolu Oil. Reprezentowane przez Amerykanina Odin Energy miało zapłacić Szymańskiemu 500 tys. USD — po odzyskaniu udziałów przejętych przez Brioukkera. Jako „zaliczkę” Haselton przelał na konto Szymańskiego i jego syna łącznie 180 tys. USD. Szymański twierdzi zaś, że z tej kwoty jedynie 20 tys. dolarów było zaliczką, a reszta to zwykła, notarialnie poświadczona pożyczka dla jego syna.

Wykonanie umowy zabezpieczało kilka weksli in blanco, sygnowanych przez Szymańskiego. Te dokumenty właśnie są bezpośrednim powodem gigantycznych kłopotów Energopolu Oil.

— Odin Energy, jako firma udziałowiec przedsiębiorstw związanych z produkcją ropy, zainteresowane było zakupem udziałów w Energopolu Oil — dystrybutorze tych produktów na polskim rynku — tłumaczy Thomas Haselton.

Na korzystną współpracę liczył też drugi, poza Szymańskim, udziałowiec Energopolu Oil — Energopol Ekspres.

— Pomysł był taki: ropę, wydobywaną przez Minjos Nafta, sprowadzać do polskich rafinerii południowych. Szybko się jednak okazało, że Haseltonowi zależało na całkowitym przejęciu kontroli nad Energopolem Oil — żądał 80 proc. akcji spółki za niską cenę. Ropę z kolei chciał nam sprzedawać bardzo drogo. Na to nie mogliśmy się zgodzić i postanowiliśmy zakończyć z nim współpracę — mówi Władysław Śnieżyński.

Współpracownicy Haseltona twierdzą jednak, że pomysł współdziałania z Energopolem Oil upadł po tym, jak władze tej spółki nie chciały zgodzić się na wgląd w jej dokumenty finansowe.

Sprzedaż udziałów Szymańskiego Haseltonowi nie została zrealizowana. Polak twierdzi, że z winy Amerykanina.

— Haseltonowi w rzeczywistości nie zależało na zrealizowaniu tej opcji. Chodziło mu jedynie o — krótkie nawet — przejęcie kontroli nad Energopolem Oil. Do zarządu Energopolu Oil wprowadził na niecałe dwa miesiące dwóch Litwinów — podległych mu pracowników Minjos Nafta. Bez mojej wiedzy podjęli decyzję o poręczeniu weksli majątkiem firmy. Były to posunięcia bezpodstawne i bezprawne — w celu przejęcia kontroli nad Energopolem Oil i w konsekwencji nad Geonaftą — gdyż weksle pozostawały moimi prywatnymi zobowiązaniami, niezwiązanymi z firmą — twierdzi Edward Szymański.

Zupełnie inaczej całą sprawę widzi Thomas Haselton.

— To Szymański uniemożliwił realizację umowy opcji, kiedy 13 grudnia 2002 r. sprzedał udziały po cenie nominalnej Barbarze Drewicz (swojej szwagierce — przyp. aut.). Oświadczył przy tym, że na udziałach tych nie ciążą żadne zobowiązania, co jest oczywistą nieprawdą! W ten sposób oszukał Odin Energy. To zmusiło mnie do wszczęcia kroków prawnych, by bronić praw spółki — wyjaśnia szef Odin Energy.

O jakie kroki chodzi? Przed trzema miesiącami do Energopolu Oil dotarło pismo od komornika, w którym informuje on o zajęciu rachunków bankowych spółki i wszczęciu egzekucji z jej majątku. Powód? Wyrok sądu, nakazujący Energopolowi Oil zapłatę ponad 3,8 mln zł na rzecz spółki Konsalnet. Firma ta przejęła — w drodze indosu (czyli przeniesienia przez jego posiadacza praw płynących z weksla na rzecz innej osoby) — weksel na taką kwotę od Odin Energy.

Konsalnet zajmuje się m.in. ochroną osób i mienia. Przewodniczącym rady nadzorczej jest były szef UOP, Jerzy Konieczny. Przypomnijmy przy okazji: przez prawie dwa lata radzie nadzorczej Energopolu Oil przewodniczył inny z byłych szefów UOP — Gromosław Czempiński. Udziałowcy spółki twierdzą, że obecność generała Czempińskiego we władzach firmy nie miała związku z jego wcześniejszym zajęciem. Władysław Śnieżyński przyznaje jednak, że to właśnie Czempiński odegrał kluczową rolę w „dyscyplinowaniu” Brioukkera, a potem doprowadził do jego odwołania ze stanowiska prezesa. Brioukker był podejrzewany przez niektórych współpracowników o kontakty zarówno z rosyjskimi, jak i polskimi służbami specjalnymi.

Wedle naszych informacji, weksel na kwotę 3,8 mln zł nie jest jedynym, jakim posługuje się Konsalnet. Spółka ta próbowała — tak przynajmniej twierdzą władze Energopolu Oil — uzyskać nakaz zapłaty kolejnych niemal 6 mln zł, lecz sąd się na to nie zgodził. Tak czy inaczej od momentu zajęcia rachunków bankowych z tytułu nakazu zapłaty 3,8 mln zł, Energopol Oil, którego roczne przychody przekraczały 120 mln zł, nie prowadzi działalności operacyjnej, czekając na ostateczną decyzję sądu w tej sprawie. Na razie postanowieniem sądu konta są zablokowane: do momentu werdyktu nie może z nich czerpać ani powód, ani pozwany.

— Nie wyobrażamy sobie, by sąd nie wydał korzystnej dla nas decyzji. Nie było przecież żadnych powodów, by spółka poręczała prywatne weksle, które wystawca zresztą zaskarżył. Trzeba też pamiętać, że decyzję o tym podjęli ludzie, którzy nigdy nie byli w Polsce i nie uczestniczyli w żadnym posiedzeniu zarządu. Tak naprawdę to pan Haselton wprowadził ich do zarządu jedynie po to, by zabezpieczyć te weksle majątkiem firmy Energopol Oil — twierdzi Władysław Śnieżyński.

Haselton uważa zaś naturalnie, że miał pełne prawo do wypełnienia weksli i zindosowania ich na Konsalnet.

Mimo kilku obietnic Konsalnet nie skomentował swojej roli w konflikcie Haselton-Szymański.

Niezależnie od sądu całą sprawę, na wniosek Energopolu Oil i Edwarda Szymańskiego, bada prokuratura. Zdaniem wnioskodawców, przestępstw mieli się dopuścić zarówno Amerykanin, jak i dwaj jego litewscy przedstawiciele. Ci odrzucają wszelkie oskarżenia. Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że Thomas Haselton wynajął w Polsce kilku prawników, mających reprezentować jego interesy.

Według naszych informacji, klucz do zrozumienia całej historii tkwi w procesie prywatyzacyjnym Geonafty. Spółka ta jest nie tylko posiadaczem własnych pól naftowych, ale i współwłaścicielem trzech innych firm wydobywczych, z których największą i najbardziej zaawansowaną technologicznie jest Minjos Nafta, zarządzana przez Haseltona (patrz: schemat). Co ciekawe: w przetargu prywatyzacyjnym miejsce tuż za konsorcjum Naftos Gavyba zajęła właśnie spółka Thomasa Haseltona — Odin Energy. I musiała obejść się smakiem.

— Haselton nie może się z tym pogodzić. Do tej pory robił na Litwie, co chciał, a teraz musi dzielić się wysokimi zyskami Minjos Nafty z Geonaftą — czyli głównie Petrobaltikiem i Energopolem Oil — mówi Jan Kurek, wieloletni prezes Petrobalticu, odwołany w styczniu 2003 r.

Po naszym pierwszym tekście o Energopolu Oil zaczęły do redakcji napływać dokumenty i informacje o szczegółach dość niestereotypowego procesu prywatyzacyjnego Geonafty. Okazuje się, że jedynie Petrobaltic zapłacił za udziały Geonafty z własnych środków. Litewski wspólnik Polaków, czyli WLIFC (33 proc. w stworzonym dla prywatyzacji konsorcjum Naftos Gavyba), za swoje udziały powinien wnieść około 4,5 mln USD. Tak naprawdę zapłacił jednak pieniędzmi samej Geonafty! Mniej więcej w tym samym czasie WLIFC sprzedał bowiem Geonafcie udziały w spółce wydobywczej Manifoldas.

— Cena tej transakcji wyniosła prawie dokładnie 4,5 mln USD. Chodziło o to, by przekonać menedżment WLIFC, utrzymujący dobre kontakty w litewskich sferach rządowych, do udziału w prywatyzacji Geonafty. To tajemnica poliszynela, że udziały w Manifoldasie są warte znacznie mniej niż te 4,5 mln USD — wystarczy popatrzeć na potencjał wydobywczy tej firmy — mówi nasz informator.

Sprawdziliśmy. Przez 11 miesięcy 2002 r. Manifoldas wydobył 139 tys. baryłek ropy, podczas gdy Geonafta — 589 tys. baryłek, a np. Minjos Nafta — prawie 2 mln baryłek.

— Istnieją fachowe opinie, potwierdzające, że Manifoldas jest wart tych pieniędzy, które za niego zapłaciliśmy. Zdecydowaliśmy się na zakup, gdyż była to spółka konkurująca z Geonaftą i woleliśmy po prostu przejąć nad nią kontrolę — mówi ktoś wysoko postawiony w służbowej hierarchii Petrobalticu.

Trzeci udziałowiec, czyli Energopol Oil, finansował zakup udziałów w Geonafcie głównie kredytem z Kredyt Banku wysokości 2,5 mln USD. Jednym z głównych zabezpieczeń tej pożyczki jest hipoteka równa prawie 1,9 mln USD, ustanowiona na zabytkowym dworku, należącym do Energopolu Oil. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nieruchomość tę Energopol Oil kupił w 2000 r. za... 40 tys. USD, czyli prawie 50 razy mniej! Zastanawiające jest i to, że Energopol Oil swą działalność w dużym stopniu finansuje kredytem od samej Geonafty. To możliwe, gdyż litewska spółka co roku przynosi kilkanaście milionów dolarów zysku. Ale ten służył inwestycjom, do których nabywcy zobowiązali się w umowie prywatyzacyjnej. Władysław Śnieżyński przekonuje, że kredyty zaciągane są zgodnie z prawem. Jego zdaniem, za rozpowszechnianie niekorzystnych dla udziałowców Geonafty informacji odpowiada Thomas Haselton.

— Też tak sądzę. Wiem choćby o tym, że wysyłał do Ministerstwa Skarbu Państwa paszkwile, stawiające w złym świetle i mnie, i inwestycję na Litwie. Prawda jest tymczasem taka, że Petrobaltic wyłożył na nią około 5,6 mln USD, a z dywidendy już odzyskał ponad 6 mln USD. Przy tym wartość naszych udziałów w Geonafcie stale rośnie — twierdzi Jan Kurek, dawny szef Petrobalticu.

Sytuację Geonafty jeszcze bardziej komplikuje spór, którym od dwóch lat zajmuje się sąd arbitrażowy w Danii. Okazuje się bowiem, że do dwóch najzasobniejszych pól wydobywczych, eksploatowanych przez Geonaftę (chodzi o Kretingę i Nausodis), prawa rości sobie także szwedzka spółka Svenska Petroleum Exploration! Rząd litewski w tym sporze wziął stronę Geonafty, ale jest w bardzo trudnej sytuacji.

— Jeszcze przed prywatyzacją Geonafty Litwini obiecali te koncesje Svenskiej... W zapisach umowy prywatyzacyjnej zaś nie było o tym ani słowa. Jeśli arbitraż wygrają Szwedzi (a mają na to duże szanse), rząd litewski będzie musiał zapłacić im żądane 30 mln USD. O odszkodowanie w takiej sytuacji wystąpią zapewne także inwestorzy z Naftos Gavyba, których nikt wcześniej o pretensjach Szwedów do Kretingi i Nausodisa nie poinformował — mówi nasz dobrze poinformowany rozmówca.Te informacje potwierdził też pracownik Petrobalticu.

Z czego wynikają konflikty, jakich w kilkuletniej historii Energopol Oil przeżył kilka? Kiedy nie wiadomo o co chodzi, zazwyczaj chodzi o pieniądze. Tym razem o litewskie lity...

— Litwa nie jest rzecz jasna potęgą naftową. Trzeba jednak pamiętać, że przy utrzymujących się wysokich cenach, rentowność netto tego biznesu przekracza 40 proc. A to oznacza, że nawet z niewielkiego obrotu można wycisnąć naprawdę niezłe zyski — wyjaśnia nasz informator.

I to właśnie dlatego do uspokojenia nastrojów wokół tej największej polskiej inwestycji na Litwie nie dojdzie szybko. Także dlatego, że budzi ona olbrzymie emocje nie tylko w Polsce. Bo na Litwie tę prywatyzację bada prokuratura i służby specjalne.

Nadsłuchujemy pilnie, co te dochodzenia przyniosą. Tym bardziej że docierają do nas niesprawdzone — jeszcze? — wiadomości o korupcji, oszustwach i nieczystych zagrywkach w czasie sprzedaży litewskiej firmy nowym inwestorom. Przeciwnicy wzajemnie się oskarżają, do redakcji nadeszły też anonimy... Oczernianie, zwykła pyskówka? A może przynajmniej część tych rewelacji odpowiada rzeczywistości? Czy Litwini potrafią i zechcą to wyjaśnić?