Fortum inwestuje na państwowym poletku

Magdalena GraniszewskaMagdalena Graniszewska
opublikowano: 2015-04-01 00:00

Projekt fińskiego koncernu w Zabrzu to obecnie jedyne prywatne przedsięwzięcie na elektrociepłowniczym rynku. Paliwem ma być m.in. węgiel

Jedyny taki w towarzystwie. Tak może o sobie mówić fiński Fortum, który ogłosił wczoraj, że zainwestuje w Zabrzu 200 mln EUR (870 mln zł) w budowę wielopaliwowej elektrociepłowni produkującej ciepło i energię elektryczną w skojarzeniu. Fortum to w tej chwili jedyny inwestor prywatny, który decyduje się na wydanie pieniędzy na budowę nowych mocy wytwórczych.

Wystarczy spojrzeć na mapę inwestycji elektrociepłowniczych w Polsce (obok). Na etapie budowy lub przetargu jest w tej chwili pięć projektów, prowadzonych przez PKN Orlen, PGNiG Termikę i Tauron.

We wszystkich tych firmach pakiet strategiczny należy do skarbu państwa, który na sektor energetyczny patrzy poprzez pryzmat bezpieczeństwa energetycznego kraju. Przedstawiciele rządu często stwierdzają, że „bezpieczeństwo energetyczne kosztuje”, co w przypadku niektórych inwestycji każe się zastanawiać nad ich rentownością. Uruchomienie projektu przez inwestora prywatnego jest więc potwierdzeniem, że takie przedsięwzięcia mogą być rentowne.

Fortum jest też jedyny, bo jego blok będzie napędzany miksem paliw: węglem, paliwem alternatywnym (RDF — Refuse Derived Fuel, czyli odpady), a także biomasą. Tymczasem pięć pozostałych wielkich projektów elektrociepłowniczych będzie opalane gazem.

Aż się prosi na Śląsku

— Nad zabrzańskim projektem pracowaliśmy przez cztery lata, zmieniając po drodze koncepcje. Dziś jesteśmy pewni, że warto w ten blok inwestować — mówi Mikael Lemström, prezes zarządu Fortum Power and Heat Polska.

Nowy blok zastąpi wyeksploatowane jednostki opalane węglem, zainstalowane obecnie w zakładach Fortum w Zabrzu i Bytomiu. Obecnie wydaje się, że optymalny miks paliwowy będzie w połowie oparty na węglu, a w połowie na odpadach, ale — jak podkreślają przedstawiciele firmy — zawsze można to dostosować do realiów rynkowych. — Budowa bloku opalanego wyłącznie gazem takiej elastyczności nie daje — dodaje Mikael Lemström.

— Na Śląsku aż się prosi o wykorzystanie węgla — stwierdza, poproszony o komentarz, Marek Dec, prezes PGNiG Termiki. Do gazu Fortum nie czuje chyba mięty. Od lat analizuje projekt budowy bloku gazowo-parowego o mocy ok. 400 MWe we Wrocławiu. I od lat ma wątpliwości.

— Nadal pracujemy nad taką opcją. Na razie projekt nie broni się od strony biznesowej — uważa Mikael Lemstrom. Co ciekawe, niemal identyczny blok, w Stalowej Woli, buduje PGNiG Termika wespół z Tauronem. Trudno ocenić, czy ich projekt, wart 1,6 mld zł, biznesowo się spina. W grę wchodzą preferencyjne umowy na dostawę gazu i na odbiór energii, oferowane przez dwóch współwłaścicieli.

Bez wsparcia się da

Biznesplan dla danej inwestycji to dla Fortum podstawa, bo fińska firma widzi ryzyko, że w dłuższej perspektywie sektor elektrociepłowniczy nie będzie już wspierany przez państwo. Dziś obowiązuje system żółtych i czerwonych certyfikatów, ale tylko do 2018 r. Zgodnie ze skandynawskim podejściem, Fortum ma nadzieję, że w przyszłości rynek będzie już skutecznie regulowany przez europejski system uprawnień do emisji CO 2.

— To wystarczające narzędzie, które może promować tych, którzy emitują mało, a obciążać tych, którzy silnie zanieczyszczają powietrze. Tylko musi dobrze działać, dlatego popieramy reformę systemu CO 2, która powinna zaowocować wzrostem cen uprawnień do 20-30 EUR. Taki poziom byłby wystarczającym impulsem do inwestycji — tłumaczy Mikael Lemström.

Zdaniem Marka Deca, to rozsądne podejście, bo przedłużenie wsparcia dla źródeł węglowych rzeczywiście jest mało prawdopodobne. Ale dla gazowych — prawdopodobne.

— Zakładamy, że bloki gazowe będą wspierane. Nasza branża przygotowuje zresztą propozycję nowego modelu wsparcia, opartego na aukcjach — zapowiada prezes PGNiG. © Ⓟ