Fotograf ma lżej

Piotr Lipiński
opublikowano: 2011-10-07 00:00

Dosłownie. Od kiedy pojawiły się tzw. bezlusterkowce, aparaty, które godzą dotychczasowe sprzeczności – robią świetne zdjęcia i są nieduże

Dotąd było tak: kompaktowe aparaty mieściły się niekiedy w kieszeni, ale robiły przeciętne zdjęcia. Wielkie lustrzanki wykonywały perfekcyjne fotografie, choć wymagały treningu na siłowni, żeby nosić je ze sobą. Czas było to zmienić. Pojawiły się więc bezlusterkowce, które miały pogodzić tę sprzeczność: robić świetne zdjęcia i być małe. Poza obiektywem w aparacie najważniejsza jest matryca: im większa, tym lepsze zdjęcia. Nie chodzi o piksele – 15-megowa bywa gorsza od 10-megowej – lecz o fizyczne wymiary. W lustrzankach wielkość matrycy zbliża się do klatki filmu małoobrazkowego (24 na 36 mm), w kompaktach jest rozmiaru paznokcia (ok. 4 na 5 mm). Producenci wepchnęli więc do kompaktowej obudowy dużą matrycę. I umożliwili – jak w lustrzankach – zmienianie obiektywów. Bezlusterkowce są nieduże, a zdjęcia z nich całkiem dobre. Czy świat mógłby być lepszy? Tak. Gdyby bezlusterkowce kosztowały tak mało jak kompakty, a nie rujnowały kieszeni jak lustrzanki.