Karierę finansisty buduje od ponad 20 lat, a ostatnio dołączył do rady nadzorczej MCI Capital ASI. Strzelectwo długodystansowe towarzyszy mu znaczenie krócej, bo od siedmiu lat. Jak mówi mistrz Polski w F-Class z 2023 r., to sport mało wymagający fizycznie, co jest jego dużą zaletą.
– Dlatego mogą konkurować w nim osoby starsze z młodszymi, podobnie jak w golfie. Znaczące są za to sprzęt i przygotowanie merytoryczne. Ze względu na specyfikę sprzętową można szybko wejść na wysoki poziom – tłumaczy Jerzy Rozłucki.
Strzelcy sportowi to spokojni ludzie
W Polsce organizatorem rywalizacji jest Polski Związek Strzelectwa Sportowego. Zawody odbywają się mniej więcej 10 razy w roku między kwietniem i czerwcem, a później wrześniem i październikiem.
– Mekką w Europie jest Anglia. Tam raz w roku, we wrześniu, organizowana jest rywalizacja na poziomie światowym. Na świecie mekką strzelecką są Stany Zjednoczone. Docelową imprezą dla pasjonatów strzelania tarczowego są mistrzostwa świata, które w 2026 r. odbędą się na Wyspach Brytyjskich – mówi Jerzy Rozłucki.
Zeszłoroczną rywalizację partner funduszu Growth Debt w Orbit Capital skończył w pierwszej czterdziestce, a jego znajomi w pierwszej dwudziestce na 100 osób.
– Nie byliśmy optymalnie przygotowani. W tym roku jedziemy z innym nastawieniem i nowym sprzętem – zapowiada Jerzy Rozłucki.
Aby dostać zgodę na taki wyjazd potrzebne są nie tylko dokumenty niezbędne do uczestnictwa w rywalizacji. Priorytetem jest pozwolenie na broń, ale też umiejętność tworzenia amunicji.
– Wykorzystuję kalibry wojskowe lub bardziej precyzyjne pociski do strzelań długodystansowych. Te ostatnie do rywalizacji wymagają własnej elaboracji, co w dużej mierze decyduje o sukcesie. Uczyłem się tego, czytając instrukcje, przewodniki, książki, oraz od kolegów. Samo zrobienie naboju nie jest trudne, kluczowa jest jakość urządzeń, co wpływa na precyzję amunicji – tłumaczy Jerzy Rozłucki.
Według partnera funduszu Growth Debt w Orbit Capital wszyscy strzelcy sportowi to najspokojniejsi ludzie na świecie. Tym, którzy się niewłaściwie zachowują, odbiera się licencję.
– Po przyjeździe tarcz wokół sędziów zbiera się 30 osób w podeszłym wieku. Niektórzy to właściciele firm, pracownicy korporacji, ale wszyscy są skupieni i przepychają się, żeby się dowiedzieć, jak strzelili i jak to zrobił kolega. I wtedy włącza się element rywalizacji, a nieodłącznym punktem spotkania jest ciągła szydera między strzelcami. Najwięcej jest jej przed samym strzelaniem. Niektórzy się tym stresują, inni nie, więc można zwiększyć swoje szanse – mówi z uśmiechem Jerzy Rozłucki.
Cena broni
Na celność strzałów wpływa usprzętowienie, ale też czynniki środowiskowe oraz umiejętności matematyczne i przewidywania.
– Tarcze znajdują się od 300 do 1000 metrów od punktu, gdzie się znajdujemy. Na najkrótszym dystansie jest najłatwiej, bo tam jest najmniej zmiennych. Na 600 metrach dochodzi element wiatru i mirażu. Jeśli świeci słońce i ziemia się nagrzewa, to paruje i do góry wychodzi wilgoć, której generalnie nie widać gołym okiem. Wyjątek jest wtedy, gdy jesteśmy na plaży i oddalony punkt, w który się wpatrujemy, ulega zakrzywieniu. Jak patrzy się przez lunetę z powiększeniem rzędu 50 razy, to ten miraż jest dobrze widoczny. Kiedy wiatr wieje z prawej strony, to przesuwa tę falę powietrza w lewo. Strzelec wtedy wie, jaki ma to wpływ na tor lotu pocisku i jaką korektę wprowadzić. Pocisk, mimo że szybki, jest lekki i ulega zwiewaniu na lewo lub prawo, a poprawki decydują o celności – mówi Jerzy Rozłucki.
Na tor lotu pocisku wpływa też temperatura powietrza. Im jest cieplej, tym pocisk szybciej się spala i trafia niżej. Kiedy jest zimno, trafia wyżej. Zawsze występuje też element losowości, ale trening czyni mistrza.
– W Polsce niestety nie mamy strzelnic z prawdziwego zdarzenia. U nas tarcze mają wymiary metr na metr i środek o wielkości płyty kompaktowej. W Anglii i Stanach jest to tak zorganizowane, że na miejscu są suwaki i tarcza po strzale idzie w dół. W okopie poniżej jest człowiek, który zaznacza miejsce każdego strzału. W lunecie karabinu widać wtedy od razu, gdzie się strzeliło. Dokonuje się korekty, strzela od razu po jej wprowadzeniu i dzięki temu szybciej uczy. W Polsce wymaga to więcej czasu – uważa Jerzy Rozłucki.
W Anglii strzelanie zaczyna się z 800 jardów (to około 728 metrów), a główny cel jest wielkości płyty kompaktowej, w którą strzela tylko 30 proc. zawodników. Strata jednego punktu decyduje, że spada się na 60 pozycję w tabeli. Pod tym względem precyzja jest kluczowa.
– Jeśli ktoś ma źle dobrany karabin i złą amunicję, to w tym sporcie wiele nie osiągnie. Broń kosztuje około 10 tys. zł. Za najlepszą trzeba zapłacić około 30 tys. zł. Natomiast dodatkowym wydatkiem jest luneta. Koszt podstawowej to kilka tysięcy złotych, a zawodniczej 10–20 tys. Do tego dochodzi dodatkowy osprzęt. Dobrze mieć zapasową lufę i amunicję. Plusem jest to, że na dobrym karabinie nigdy się nie straci. Jego wartość wzrasta – mówi Jerzy Rozłucki.
Mistrz Polski jest zdania, że lepiej kupić używany karabin od topowych zawodników niż nowy niesprawdzony i potencjalnie słaby. Kiedy trafi się na dobrą lufę, wtedy się ją odkręca, podpisuje i używa tylko w wyjątkowych sytuacjach. W porównaniu do Amerykanów, którzy wykorzystują taki sprzęt w miesiąc, Polacy używają go rzadziej i oszczędniej.
– Zakup komponentów jest w Polsce droższy niż w Stanach i trudniejszy. U nas trudniej kupić dobrą lufę, a dodatkowo zarabiamy w złotych, nie w dolarach. Wobec tego jak już trafimy na świetny sprzęt, to używamy go tylko w najważniejszych momentach – tłumaczy Jerzy Rozłucki.
Gadżeciarski sport
Strzelectwo długodystansowe wymaga umiejętności skupienia, przewidywania, ale i cierpliwego powtarzania czynności.
– W Polsce wygrałem zasadniczo wszystkie możliwe zawody. Na świecie nie miałem już takich sukcesów. Na pewno dominującymi nacjami są Amerykanie i Anglosasi, ale ostatnio również wysoko plasowali się Australijczycy i Polacy. W rozgrywanych niedawno zawodach King Of 2 Miles na jednym z największych poligonów wojskowych w Europie Camp de Canjuers zespoły z naszego kraju zdobyły pierwsze i piąte miejsce, co jest ogromnym sukcesem. Nasze strzelectwo rozwija się głównie dzięki temu, że wojsko umożliwia korzystanie z poligonów. Niemcy nie mają dobrych możliwości treningowych i to widać w wynikach – plasują się najwyżej w połowie stawki – opowiada Jerzy Rozłucki.
Czasami jednak ani amunicja, ani posiadany sprzęty i umiejętności czytania wiatru nie pomagają.
– W zeszłym roku na zawodach w Orzyszu wiało tak potężnie, że potrafiło na 600 metrach zwiewać pocisk na 12 minut kątowych, co odpowiada około 3 metrom. Biorąc pod uwagę, że tarcza, do której się strzela, ma 25 cm, błąd w celności wynikający z warunków pogodowych wyeliminował wtedy z jakiejkolwiek rywalizacji 80 proc. uczestników – mówi Jerzy Rozłucki.
Podobne wyzwania stawiają przed zawodnikami strzelnice na poligonach, ale trening możliwy też jest w zaciszniejszych miejscach.
– W Skarżysku-Kamiennej w lesie mamy do dyspozycji strzelnicę, która liczy 900 metrów długości i 50 metrów szerokości. Strzela się tam jak w tunelu i dzięki brakowi wpływu wiatru powtarzalność strzałów jest wysoka. Na poligonach rzadko się tak zdarza. Producenci próbują wymyślić sprzęt, który oceni zachowanie wiatru na dystansie strzeleckim, ale nadal jednak trzeba to przełożyć na ustawienie broni. Strzelectwo długodystansowe jest bardzo gadżeciarskim sportem. Co miesiąc pojawia się coś nowego na rynku i wszyscy chcą to dostać. Problem w tym, że najlepsi prawdopodobnie już to mają, ale i tak nadal ważne są umiejętności dopasowania sprzętu do warunków i zamierzonego dystansu. Czynnik ludzki jest więc decydujący – mówi Jerzy Rozłucki.
Łatwo złapać bakcyla
O tym, że wypracowane zdolności i posiadane umiejętności mogą zdecydować o zwycięstwie, partner funduszu Growth Debt w Orbit Capital przekonał się na własnej skórze podczas ostatnich Mistrzostw Polski w F-Classie.
– Zawody zaczęły się w piątek, a w czwartek o północy wróciłem do kraju z tygodniowego urlopu. O 8 rano zapakowałem samochód i ruszyłem w drogę. W drodze do Skarżyska miałem spotkanie online, na miejsce przyjechałem o 9.45, a już o 10 miałem strzelanie. Następnego dnia ponownie poranne zdalne spotkanie, w końcówce musiałem już nosić karabiny do samochodu. Na strzelnicy pojawiłem się o 9.45, a pół godziny później miałem zawody. Nie było łatwo, bo otrzymałem informację, że kolega zdobył 298 pkt na 300 możliwych. Presja perfekcyjnego strzelania była więc duża. Ostatecznie zdobyłem kilka mniej i byłem wtedy drugi – opowiada Jerzy Rozłucki.
Na rewanż nie trzeba było długo czekać. Kolejnego dnia wygrał zawody i zdobył tytuł mistrza Polski. Ten i kolejny start ponownie przeplatał spotkaniami służbowymi, które też wygrał.
– Myślę, że takie przygotowanie do startu i sposób uczestnictwa byłyby nieakceptowane np. w tenisie. Dla mnie jednak znaczenie technologii i możliwość wykorzystania jej w osiągnięciu sukcesu, niezależnie od możliwości fizycznych, jest kuszące. Strzelectwo długodystansowe nie wymaga regularnego treningu, ale jak w każdym sporcie pozwala oderwać się od cyferek w pracy. To też wymaga pewnego zaangażowania intelektualnego, co pociąga moich znajomych ze świata bankowości. Często po pierwszej wizycie na strzelnicy łapią bakcyla i zostają z tym sportem na dłużej – podsumowuje Jerzy Rozłucki.

