Gazele chętnie dzielą się sukcesem z akcjonariuszami

Kamil Kosiński
opublikowano: 2007-12-10 00:00

Prędzej czy później wiele Gazel Biznesu trafia na giełdę. Po co? Uzyskany tam kapitał pozwala im nadal dynamicznie się rozwijać.

Wpierwszych 11 miesiącach 2007 r. na rynku głównym Giełdy Papie- rów Wartościowych w Warszawie (GPW) zadebiutowały 73 spółki. Przed upublicznieniem, 30 z nich przynajmniej raz zdobyło tytuł Gazeli Biznesu (w kilku przypadkach przypadł on bezpośrednim prawnym poprzednikom debiutantów). Rekordzistą jest Infovide-Matrix. Choć edycji Gazel Biznesu było dotychczas tylko siedem, to warszawska firma informatyczno-konsultingowa została Gazelą razy… osiem. Każde z przedsiębiorstw, z których powstał giełdowy debiutant (Matrix.pl i Infovide), miało ich bowiem na koncie po cztery. Wyróżnienie zdobyły zaś w sześciu edycjach rankingu.

Nawet nie biorąc pod uwagę fuzji, wśród tegorocznych giełdowych debiutantów znajdziemy kilka firm, które po tytuł Gazeli Biznesu sięgnęły więcej niż trzy razy. Pięciokrotnie w zestawieniu znalazł się chojnicki producent przetworów rybnych Seko oraz tarnowska firma budowlana ABM Solid. Czterokrotnie w naszym rankingu gościły produkujący urządzenia wentylacyjne i drzwi przeciwpożarowe gdański Mercor oraz informatyczne Safo z Lublina, które po połączeniu z trzema innymi firmami utworzyło Asseco Business Solutions. Wreszcie, cztery razy na liście Gazel znalazł się bohater ostatniego skandalu na GPW — warszawski Arcus, handlujący systemami druku i korespondencji. Komisja Nadzoru Finansowego oskarża spółkę, która zadebiutowała na GPW we wrześniu, o zatajenie przed inwestorami rzeczywistych danych finansowych za pierwszą połowę 2007 r. Arcus był na liście Gazel w latach 2001, 2002, 2003 i 2006. Po debiucie to raczej nie Gazela, a owca i to czarna.

Pieniądze to nie wszystko

Dlaczego Gazele trafiają na GPW nietrudno się domyślić. Chcąc dalej się rozwijać, potrzebują kapitału.

— Konkurencja jest bezlitosna i niszczy jak gilotyna. Żyjemy w czasach globalizacji i mali często wypadają z gry. Kilka firm z naszej branży już zbankrutowało, a kilka szuka nabywcy. Nasz zakład stał się po prostu za mały i potrzebowaliśmy pieniędzy na budowę nowego oraz przejęcia konkurentów. To główna przyczyna naszego wejścia na giełdę — mówi Kazimierz Kustra, prezes i wraz z rodziną główny akcjonariusz spółki Seko.

— Zasada jest prosta, jeżeli stoisz w miejscu, to giniesz. Trzeba być ekspansywnym i się rozwijać — przytakuje mu Janusz Fiejdasz, jeden z założycieli Zakładów Mięsnych Herman z Kielnarowej, Gazeli 2004, która właśnie zawiesiła rozpoczętą ofertę publiczną, ale tylko po to, by przeczekać ostatnie turbulencje na giełdzie.

W 27 ofertach publicznych — trzy firmy przeszły na GPW z CeTO — nowi inwestorzy powierzyli debiutantom z tytułem Gazeli 1,6 mld zł. Najwięcej — 243,1 mln zł — uzyskał Mercor. Najmniej warszawska spółka informatyczna B3System — 6,6 mln zł. Nie dla każdej Gazeli pieniądze uzyskane z giełdy są jednak równie ważne.

— Możliwość zdobycia pieniędzy dzięki giełdzie ma ogromne znaczenie dla firm rozwijających się przez inwestycje kapitałowe. Rozbudowa fabryki lub przejęcie konkurenta pozwala im zwiększyć moce produkcyjne i udział w rynku. W firmach usługowych — takich jak nasza — ma to mniejsze znaczenie. Pojawiają się raczej pytania o powtarzalność biznesu oraz trwałość źródeł efektywności i rozwoju. O tym decyduje zaś kapitał ludzki i zdolność zarządzania zespołem — wyjaśnia Boris Stokalski-Dzierzykraj, wiceprezes i jeden z głównych akcjonariuszy Infovide-Matrix.

W utrzymaniu tych „miękkich” elementów decydujących o sile firmy giełda też może pomóc. Trzeba jednak mieć świadomość po co się na nią idzie.

— Dla nas znaczenie miało wzmocnienie marki i „dopięcie” programu motywacyjnego dla pracowników — informuje Boris Stokalski-Dzierzykraj.

Niezależnie od przyczyn upublicznienia, wiąże się ono z dopuszczeniem do spółki nowych akcjonariuszy, a więc podzieleniem się sukcesem z innymi. Raczej rzadko mają oni w spółkach wiele do powiedzenia jeśli chodzi o zarządzanie. Twórcy firm — Gazel chcą bowiem nadal je kontrolować.

— Wpływ nowych inwestorów na firmę zależy od tego, ile akcji trafia na giełdę. W naszym przypadku upublicznienie nie wiązało się z dopuszczeniem przedstawicieli nowych udziałowców do rady nadzorczej — przyznaje Boris Stokalski-Dzierzykraj.

Wszyscy mogą zarobić

Sam podział zysku z nowymi wspólnikami, założycielom Gazel raczej nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, są oni wdzięczni nowym inwestorom za pieniądze dające możliwość dalszego rozwoju.

— Seko ma już 15 lat, a zaczynało z kapitałem wysokości 4 tys. zł. Nie było mi jednak żal dopuszczać nowych akcjonariuszy do spółki. Bo, co by nie mówić, to dzięki nim możemy się nadal rozwijać — mówi Kazimierz Kustra.

Podobnego zdania jest Janusz Fiejdasz. Zwraca on uwagę, że jeśli firma wypracowuje 100 tys. zł zysku i ma się w niej 100 proc. udziałów to zarabia się 100 tys. zł. Ale jeśli zysk firmy wynosi 300 tys. zł to nawet mając w niej tylko 50 proc. udziałów zarabia się 150 tys. zł. Jeśli więc biznes się rozwija, to nawet zmniejszając swój udział zarabia się więcej.

Przekonał się o tym Janusz Filipiak, twórca informatycznego Comarchu z Krakowa. Spółka znalazła się na liście Gazel Biznesu w latach 2003, 2004, 2005 i 2006. Gdy pierwszy raz zaistniała w rankingu, miała nieco ponad 150 mln zł przychodów i niespełna 10 mln zysku netto. W 2007 r. potrafiła odnotować podobne rezultaty w ciągu jednego kwartału. I to nie uwzględniając wyników firm zależnych należących do grupy kapitałowej, a tylko samej spółki matki. l

Organizator

Puls Biznesu

Autor rankingu

Coface