Gęsior znaczy gracz

Rafał Kerger
opublikowano: 2007-08-31 00:00

Na sportową emeryturę odchodzi największy gracz giełdowy wśród piłkarzy. Bezrobocie mu nie grozi. Pracuje u Marka Zubera jako dyrektor sprzedaży Dexus Partners.

Zwyczajny poranek. Wronki, godz. 7.00. Mieszkający wówczas balkon w balkon Dariusz Gęsior i Jarosław Bieniuk parzą kawę i siadają do komputera. Przeglądają komunikaty giełdowe, czytają doniesienia prasowe. Po chwili jeszcze rzut oka na wczorajsze kursy zamknięcia i obroty ulubionych spółek. I decyzja. Z posiadanych akcji sześciu firm Gęsior ordynuje sprzedaż dwóch pakietów. Dobiera dwa inne, jego zdaniem lepiej rokujące niż te, które odrzucił. Bieniuk rzuca jeszcze okiem na ekran monitora i też podejmuje decyzję.

— Kiedy obracaliśmy dziesiątkami tysięcy złotych, moja żona i żona Jarka — Ania Przybylska obracały się akurat na drugi bok — uśmiecha się Dariusz Gęsior, wspominając tamte spotkania.

Dariusz Gęsior pozostanie ligową ikoną. O drugim najdłużej występującym w ekstraklasie graczu w historii — do dorównania Markowi Chojnackiemu (452 mecze) zabrakło mu zaledwie 25 spotkań — inaczej napisać nie można. Jest dwukrotnym mistrzem Polski (z Ruchem Chorzów w 1989 r. i z Widzewem Łódź w 1997 r.), dwukrotnym zdobywcą Pucharu Polski z Ruchem (1996) i z Wisłą Płock (2006), a do tego jeździł osławionym złotym polonezem, bo ma srebrny medal olimpijski z Barcelony (1992) i 22 występy w reprezentacji.

Mało kto jednak wie, że odchodzący na sportową emeryturę 37-latek niemal trzy czwarte swojej dorosłej kariery piłkarskiej spędził, inwestując na giełdzie. Kupował, sprzedawał akcje, grał na kontraktach terminowych. Stał się takim ekspertem, że gdy zawiesił buty na kołku, zaczął doradzać. Graczom. Giełdowym.

Bank na start

Przygoda Dariusza Gęsiora ze stołecznym parkietem zaczęła się w połowie lat 90.

— Siebie, swoich znajomych i rodzinę zapisywałem wtedy na akcje Banku Śląskiego. Każdy dostawał po kilka walorów, ale przebicie było ogromne, więc opłacało się stać w kolejkach — wspomina piłkarz.

Po tym finansowym sukcesie chorzowianin złapał giełdowego bakcyla. Podziękowaniom od rodziny za to, że miał nosa, nie było końca.

— Trochę zacząłem grać na własną rękę. Szybko trafiłem jednak na pewną maklerkę, która zasugerowała mi, że warto zainteresować się kontraktami terminowymi. Duże ryzyko, ale też ponadprzeciętne zyski. Powierzyłem jej moje oszczędności. Niestety, z czasem się okazywało, że jej prognozy coraz częściej się nie sprawdzają. Na rynku akurat zaczynała się hossa, a ona obstawiała mi krótkoterminowo spadki WIG. Nim się w tym wszystkim połapałem, parę razy musiałem swoje — za złe decyzje — dopłacić do kontraktu — opowiada Gęsior.

Z rzeczoną maklerką (piłkarz prosi o niepodawanie jej nazwiska) rozstali się po wielkiej awanturze.

— Dostałem nauczkę, że przy podejmowaniu decyzji powinienem liczyć przede wszystkim na siebie. Tym bardziej przy naprawdę poważnych decyzjach finansowych — mówi Dariusz Gęsior.

Zaczął czytać, uczyć się. Ma ścisły umysł, lubi matematykę, więc szybko się w mechanizmach giełdowych połapał. W 2001 r. zrezygnował z kontraktów i na powrót skupił się na akcjach.

— Chcąc być wytrawnym graczem giełdowym — podobnie jak dobrym piłkarzem — nie można się załamywać. Tak jak teraz, gdy na giełdzie nie jest stabilnie. Polska gospodarka ma się dobrze, więc krach nam nie grozi. Kiedy jestem w dołku, przypominam sobie lata, gdy zaczynałem grać w Ruchu. Szalała tak ogromna inflacja, że wysokość premii zmieniała się co tydzień. Reasumując, trzeba być wytrwałym w dążeniu do celu. A ja jestem wytrwały od dziecka, dzięki dziadkowi. I to mi pomaga — uważa Gęsior.

Dziadek pokazał młodemu Darkowi, jak grać w szachy, a że graczem był niezłym, to przez lata Darek ciągle przegrywał. Złościł się, ale co rusz siadał ponownie do stołu. Dziadek, mimo że widział słabości Darka, co pokazywał, grając bez królowej, dalej mu dokładał. Przyszedł jednak taki dzień, że przegrał.

— Nie pamiętam, kiedy to się stało, ale to wciąż we mnie siedzi — podsumowuje były piłkarz, ale też wytrawny gracz w szachy.

Jak grać, to w Elektrim

— Co mogę panu powiedzieć? Hmm… Otóż obecnie obracam — z mojego punktu widzenia — sporymi sumami. W portfelu mam zwykle pięć do siedmiu spółek. Nigdy więcej niż dziesięć, bo wtedy boję się, że stracę kontrolę nad wszystkimi danymi i informacjami, które się na ich temat pojawiają. Co lubię? Lubię Elektrim. Kto nie lubi? Interesują mnie także Masters, FON, Żurawie. Miałem Sanwil, gdy rósł — wyjawia Dariusz Gęsior.

Pewne światło na jego poczynania na giełdzie rzuca wypowiedź na temat futbolu. Piłkarz zawsze skupiał się tylko na najbliższym meczu i, mimo że grał zwykle jako defensywny pomocnik, strzelał sporo bramek, i to ważnych. Tak jak w finale Pucharu Polski w Ruchu czy w najważniejszych meczach mistrzowskich sezonów — Górnika z Ruchem w 1989 r. i Legii Warszawa z Widzewem Łódź 8 lat później.

— Nigdy nie kalkulowałem — dziś sobie odpuszczę, bo za trzy dni gramy z Wisłą. Radość czerpałem z gry ofensywnej, ze strzelania bramek. Wybijanie i przeszkadzanie mnie nie bawiło — mówi Gęsior.

Przyznaje, że uwielbia spółki o wysokiej płynności. Małe, czasami niemal groszowe. Takie do gry ofensywnej.

— Gram krótkoterminowo. Często nawet na jeden czy dwa dni łapię się na jakąś górkę. Dłużej niż tydzień lub dwa trzymam akcje jedynie w wyjątkowych wypadkach. Interesują mnie przede wszystkim walory, które mogę kupić po kilka czy kilkanaście tysięcy naraz. Nie biorę się za spółki, których akcje trzeba ciułać na zasadzie: dziś kupię sto, jutro, jak ktoś sprzeda, to kolejne dwieście. Nie mam do tego cierpliwości — opowiada Gęsior, którego pociąg do giełdy połączył ostatnio z nie byle kim.

Dariusz Gęsior jest od niedawna dyrektorem sprzedaży w Dexus Partners, firmie doradczej, której prezesuje Marek Zuber, były kluczowy doradca premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Dexus Partners został ostatnio autoryzowanym doradcą nowego stołecznego rynku giełdowego — NewConnect. NewConnect to jest to, co takie rekiny jak Gęsior lubią najbardziej — notowane są tu małe spółki, często start-upy. Inwestowanie na tym rynku może przynieść ponadprzeciętne zyski, ale też obarczone jest ponadprzeciętną dawką ryzyka.

— Z Markiem poznaliśmy się blisko rok temu. Na razie pozyskuję dla Dexusa klientów ze środowiska sportowców. Nie mogę podać nazwisk, ale — co oczywiste — wśród tych, którym finansowo doradzamy, są moi koledzy z ekstraklasy, często także kadrowicze. Piłkarze zwykle dużo zarabiają już w młodym wieku. Próbujemy do nich dotrzeć i uświadomić im, że w karierze zdarzają się zakręty, więc te pieniądze, które mają dziś, trzeba rozsądnie ulokować, a nie kupować coraz to nowe auto — mówi Dariusz Gęsior.

Piłkarz nie wyklucza, że w przyszłości zostanie także maklerem. Już zresztą podpowiada znajomym, co ma w portfelu. Na gorącej linii jest z nim choćby jeden z ostatnich jego uczniów — Radosław Matusiak.

Gęsior na rynek finansowy patrzy jednak szerzej. Prócz giełdy interesuje się także rynkiem nieruchomości — ma około dziesięciu mieszkań w różnych miastach Polski.

Dzisiejszy majątek piłkarza można oszacować na od 10 do 15 milionów złotych. Gęsior jest więc, niewątpliwie, w finansowej formie.

Nie w czepku

Formy piłkarskiej jednak już nie ma. W przegonieniu Marka Chojnackiego w występach w ekstraklasie przeszkodziła kontuzja. 2 września w Chorzowie będzie więc benefis. Ostatnie sportowe pożegnanie „Gęgola”.

— Wróciłem do Ruchu. Chciałem grać. Ale odezwały się stare kontuzje. Mógłbym wchodzić na końcówki i jakoś podreperować stan licznika i dogonić Marka. Nie o to jednak w grze w piłkę chodzi — twierdzi Gęsior.

Ze sportową karierą Dariusza było jak z giełdą. Tu też upór i sumienność pozwoliły mu wytrwać. Piłkarz nie urodził się w czepku, chociaż ze względu na talent pierwszy kontrakt piłkarski podpisał, gdy miał 16 lat i grał na najwyższym poziomie kolejnych 20 lat. Sukcesy odnosił również na końcu czynnej przygody z piłką.

— Pamiętam pierwszą poważną kontuzję. Mam 19 lat i leżę w szpitalu po operacji kolana. Ledwo się budzę, nachyla się nade mną lekarz i mówi: „Chłopak, ty już w piłkę nie zagrasz”. Po takim początku trudno być optymistą. Rok później zdobyłem jednak swoje pierwsze mistrzostwo Polski z Ruchem. Trzy lata później pojechałem na olimpiadę. To były czasy. Jako „młody” w Ruchu miałem prawo nosić sprzęt, sprzątać i nie pyskować — uśmiecha się Gęsior.

Następny mały kryzys w karierze chorzowianina przyszedł po olimpiadzie w Barcelonie.

— Niesłusznie zrobili z nas wtedy grupę szprycerów. Twierdzili, że w reprezentacji olimpijskiej doping był normą. A przecież podwyższony poziom testosteronu wykryto u Aleksandra Kłaka, Dariusza Koseły i Piotra Świerczewskiego po badaniach, które zlecano na polecenie kierownictwa reprezentacji. Nigdy nic niedozwolonego nie brałem. Zresztą z tamtego czasu zostały nam przyjaźnie na całe życie. Żona Grześka Mielcarskiego jest chrzestną mojego dziecka — opowiada Dariusz Gęsior.

Kolejne zarzuty piłkarz musiał odpierać w 1997 r. To był zły czas dla Ruchu. Słabe wyniki, coraz gorzej z wypłacalnością, nietrafione transfery. Działacze z Chorzowa o porażki oskarżyli wtedy wieloletnie podpory niebieskich. Oprócz Gęsiora, któremu zarzucili sprzedanie meczu, dostało się Mirosławowi Mosórowi (dziś dyrektor sportowy Ruchu i ojciec chrzestny drugiego dziecka „Gęgola”) oraz Dariuszowi Fornalakowi (trener Polonii Bytom).

Gęsior — po tej aferze — zmienił otoczenie. Odszedł z Chorzowa do Widzewa Franciszka Smudy, z którym w trwającym sezonie wywalczył swoje drugie mistrzostwo Polski.

— Kiedy po kilku miesiącach przyjechałem na Cichą w barwach nowego klubu, cały stadion skandował moje nazwisko, a poniżał działaczy, którzy obrzucili mnie błotem — komentuje tamte wydarzenia Gęsior.

2 września znów stadion przy Cichej będzie dopingował „Gęgola” jak swojego (Gęsior wychował się w Chorzowie-Batorym, gdzie jest siedziba Ruchu). Piłkarz pożegna się meczem Ruchu Chorzów z zespołem Przyjaciół. W sumie zaprosił do gry 70 byłych kolegów z boiska. Impreza potrwa cały dzień. Zacznie się turniejem trampkarzy o Złotego Gęsiora. Potem zagrają zaprzyjaźnieni kibice Ruchu i Widzewa, a wieczorem odbędzie się koncert Patrycji Markowskiej i pokaz sztucznych ogni. Dochód z biletów zostanie przekazany rodzinie 10-letniego Macieja Wójcika, młodego zawodnika UKS Ruch Chorzów, który od roku jest w śpiączce po wypadku. Wójcik trenował z synem Dariusza Gęsiora.