Giertych ryzykuje 350 mln złotych

Mariusz Zielke
opublikowano: 21-06-2007, 00:00

Któryś urzędnik przez pomyłkę wpisał w dokumencie trzy litery: „tak”. I zagroził wielkim przetargom na pracownie internetowe.

PrzetargiKolejne kuriozum w zamówieniach MEN

Któryś urzędnik przez pomyłkę wpisał w dokumencie trzy litery: „tak”. I zagroził wielkim przetargom na pracownie internetowe.

Banalny błąd urzędników Ministerstwa Edukacji Narodowej (MEN) spowodował wielkie zamieszanie w wartych 350 mln zł megaprzetargach na pracownie internetowe i centra multimedialne. Urzędnicy popełnili pomyłkę przy wypełnianiu formularza ogłoszeniowego. W warunkach udziału w postępowaniu wpisali jedno słowo „tak”, w rubryce, która nie powinna być wypełniana przy tych zamówieniach.

W rezultacie ogłoszenie może mieć poważną wadę prawną. Jak rozwiązać problem, głowią się prawnicy resortu. MEN — mimo że podkreśla, jak zależy mu na czasie — już trzy tygodnie ślęczy nad wnioskami firm o udział w tym przetargu.

Zagrożone terminy

Problem jest poważny, bo zamówienia warte 350 mln zł trzeba zrealizować do końca roku. Jeśli się nie uda, unijne dofinansowanie przepadnie.

Jak błaha pomyłka może wstrzymać wielki przetarg? Diabeł tkwi w szczegółach... formularza ofertowego, który inaczej się wypełnia dla różnego rodzaju zamówień: dostaw, robót budowlanych czy usług. W przypadku dostaw — a ich właśnie dotyczy przetarg MEN — zamawiający nie powinien był wypełniać sekcji ogłoszenia zatytułowanej: „Specyficzne warunki dotyczące zamówień na usługi”. Dotychczas MEN zawsze tę rubrykę zostawiało niewypełnioną. Tym razem jednak urzędnicy wpisali w niej „tak”, odpowiadając pozytywnie na pytanie, czy firmy powinny przedstawić nazwiska oraz kwalifikacje osób odpowiedzialnych za wykonanie „usługi” (choć faktycznie chodzi o dostawę).

Prawnicy twierdzą, że MEN w ten sposób postawiło nieuzasadniony warunek dopuszczenia do przetargu. Gdyby rzeczywiście była mu potrzebna lista osób z firm, powinno podać szczegółowe kryteria i sposób oceny kwalifikacji.

— Jeśli chce się uzyskać informacje o pracownikach wykonawcy, trzeba to uzasadnić. W przypadku przetargów MEN mógłbym podać, że pracują u mnie pan Zdzisio, Henio i Genio, a o ich kwalifikacjach napisać cokolwiek. I spełniłbym ten warunek MEN — mówi z sarkazmem jeden z oferentów.

— Ponieważ oferenci przyjęli, że to oczywisty błąd, część firm dołączyła listę nazwisk, a część nie. I w tym problem — dodaje inny oferent.

Niejednakowe potraktowanie przez firmy tego wymogu może teraz spowodować proceduralną wojnę. Prawnicy są przekonani, że niezadowoleni z wyniku przetargu zaskarżą go pod pretekstem wady prawnej. Wyrok sądu lub arbitraż będzie wtedy wielką zagadką.

Wady w postępowaniu mogą się też wcześniej doszukać kontrolerzy Urzędu Zamówień Publicznych (UZP), którzy sprawdzą procedury już pod koniec przetargu. Urząd na szczęście uspokaja, że wada nie jest tak istotna, by przetarg skasować. Głowy jednak nie da.

Jak naprawić wadę

— Ostateczna decyzja będzie należeć do arbitrów, sędziów lub kontrolerów — mówi jeden z prawników UZP.

Prawnicy uważają, że przetarg trzeba kontynuować. MEN powinno jednak jak najszybciej wezwać wykonawców do uzupełnienia list. No i modlić się o to, by któraś z firm nie zechciała przetargu storpedować.

MEN na pytania „PB” o feralny przetarg nie odpowiedziało.

okiem prawnika

Robert Krynicki

prawnik zajmujący się zamówieniami publicznymi

Te dokumenty nie były urzędnikom potrzebne

Sprawa jest dyskusyjna. Przyczyny problemów upatruję raczej w niestarannym niż świadomym działaniu. Można jednak mówić o naruszeniu prawa zamówień publicznych, gdyż żądane dokumenty są w zasadzie zbędne i nie wskazano sposobu ich oceny. Wymóg złożenia dokumentów wynikał jednak z ogłoszenia, a zatem ich brak można uzupełnić. W mojej ocenie uchybienia nie są na tyle poważne, by należało unieważnić postępowanie. Jest to jednak kwestia ocenna i trzeba przeprowadzić wnikliwą analizę całego postępowania. Problem jego unieważnienia zapewne będzie podnoszony przez wykonawców niezadowolonych z rozstrzygnięcia przetargu. Ostateczna decyzja będzie zależała od arbitrów lub sądu.

Popis nieudolności ministerstwa edukacji

Zagrożony gigantyczny przetarg na komputery to nie wyjątek.

Od kilku miesięcy Ministerstwo Edukacji Narodowej (MEN) prowadzi wiele przetargów na dostawy pomocy naukowych i środków dydaktycznych. Wszystkie nieudolnie. Tymczasem to bardzo ważne zakupy, które należałoby otoczyć szczególną troską, bo dotyczą pomocy naukowych za blisko 80 mln zł dla dzieci niepełnosprawnych. Chodzi m.in. o zakupy zestawów do tzw. stymulacji polisensorycznej i terapii logopedycznej oraz środków dydaktycznych dla niepełnosprawnych dzieci w przedszkolach.

MEN długo zwlekało z ogłoszeniem tych przetargów, a potem zorganizowało je na zasadach szczególnych — w tzw. procedurze ograniczonej przyspieszonej. Pośpiech tłumaczyło koniecznością jak najszybszej realizacji (czytaj: zagrożeniem utraty pomocy z UE). Na złożenie wniosków o udział w postępowaniu MEN dawało firmom 10 dni, a potem w większości przypadków oceniało je przez dwa miesiące.

— Na ocenę jednego wniosku potrzeba od godziny do dwóch. W każdym z tych przetargów wpłynęło około czterech wniosków. Jak można pracować nad nimi dwa miesiące, skoro od firm wymaga się pośpiechu w przygotowaniu ofert, a potem w realizacji? — pyta jeden z oferentów.

Efekt jest taki, że na dziewięć przetargów, które MEN ogłosiło w marcu, do dziś rozstrzygnął się jeden.

gigantyczne plany komputeryzacji

1,5

mld zł Tyle jest wart cały program komputeryzacji szkół i bibliotek...

20

tys....tyle pracowni internetowych (wyposażonych w 10-20 komputerów) ma być zainstalowanych w szkołach....

300

tys. ...tyle komputerów trafi do szkół w ramach tego programu...

75

proc. ...a taką część zakupów sfinansują fundusze unijne.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mariusz Zielke

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu