Głupi pech pana Krzysztofa

Andrzej Nierychło
opublikowano: 17-05-2006, 00:00

Od kilkunastu lat pan Krzysztof prowadzi obok wielkiego warszawskiego osiedla lokal gastronomiczny, który modnie jest obecnie nazywać pubem, choć istnieje lepsze, tradycyjne określenie — piwiarnia. Późną jesienią i zimą pub jest przeciętny aż do bólu. Mieści się w starym ceglanym budyneczku, ongi mieszkalnym, oferuje kilka gatunków piwa, w tym ledwie jedno beczkowe, jakieś chipsy i coca-colę. Bywa tu duszno, nawet smrodliwie i zimą lokal cieszy się zainteresowaniem raczej nielicznej, najwierniejszej klienteli.

Wszystko zmienia się z nadejściem wiosny. Budyneczek stoi na sporej parceli porośniętej obfitą roślinnością. Istna parkowa enklawa na obrzeżu ponurego blokowiska ery gierkowskiej. Pan Krzysztof poustawiał wśród zieleni wygodne drewniane stoły, w kącie zbudował kamienny piec z rusztem. Z wybuchem wiosny rodziny z dziećmi spędzają tu popołudnia, studenci czytają książki, w weekendy grill rozsnuwa urokliwe zapachy. Żadnych pijaków i szemranej atmosferki.

Pan Krzysztof sam prowadzi biznes od rana do nocy, w najruchliwsze dni pomaga mu ktoś z rodziny. Sam zajmuje się też biurokracją, a sprawia mu to kłopoty, bo wykształcenie posiadł przed laty ledwie zawodowe. Dotąd jakoś sobie radził, ale w tym roku doszedł do ściany. Przy rutynowym odnawianiu zezwoleń gmina zażądała wykazania się prawem do siedziby. Wcześniej wystarczało oświadczenie, teraz urząd chce oryginałów dokumentów; ponoć zmieniły się jakieś przepisy.

Przez lata pan Krzysztof dzierżawił działkę i budyneczek od starszej pani. I trzeba trafu, że ta niedawno zmarła, a spadkobiercy rozrzuceni po świecie nie są zainteresowani sprawą. Pan Krzysztof nie ma z kim podpisać umowy, urząd nie wydaje mu zezwoleń. Pan Krzysztof traci legalne źródło zarobkowania. Ze złości demonstracyjnie zamknął drzwi na kłódkę, choć, oczywiście, zaprzyjaźnieni klienci znają boczną furtkę do ogrodu, zamkniętą tylko na skobel. W końcu każdemu wolno prywatnie przyjmować gości.

Proszę zwrócić uwagę: pan Krzysztof nie złamał przepisów, nie prowadził wojen z urzędami czy sąsiadami, nikt (sprawdzone!) nie czai się, by przejąć lokal. Po prostu pechowo wpadł w czarną prawną dziurę i sytuacja go przerasta. Urzędnicy są nawet życzliwi, poczekają jeszcze, ale umowa być musi. Ile takich małych firm wpadło w podobne kłopoty bez popełniania jakichkolwiek błędów i bez niczyjej złej woli?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Nierychło

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu