Trzy i pół. Liczone w tysiącach złotych. Netto. Tyle wystarczy, by stać się posiadaczem złotej karty. Oczywiście to absolutne minimum, oferowane na polskim rynku, ale już 5 tys. zł netto to więcej niż potrzeba, by prestiżową kartę otrzymać. Platyna? Proszę bardzo. Cena platyny spada — dziś wystarczy 7 tys. zł, by w portfelu zaświeciła platynowa karta kredytowa —do niedawna symbol luksusu absolutnego. I tylko elity trzymają się mocno. World Signia MasterCarda, Centurion American Express czy Infinity Visy nie dopuszczają do siebie ciułaczy zarabiających grosze, których stać na byle złoto.
Tak przedstawia się obraz rynku kart kredytowych w Polsce. Banki, zachęcając do zadłużania się za pomocą plastikowych pieniędzy, coraz częściej i śmielej obniżają minimalne wymagania otrzymania prestiżowych (z koloru) kart kredytowych. Jednocześnie bankowcy wzdragają się przed przyznaniem, że takie działania wcześniej czy później spowodują, że tego rodzaju karty przestaną być ekskluzywne. Masówka zawsze daleka była przecież od prestiżu. Zupełnie jak w pociągu — pierwsza klasa, jeśli panuje w niej tłok, pierwszą być przestaje. 10-12 proc. wszystkich kart kredytowych wydanych w Polsce to karty złote i platynowe. Może rzeczywiście nie jest to jeszcze bardzo dużo, ale można odnieść wrażenie, że ich liczba dochodzi do granicy, za którą zaczyna się spowszednienie produktu.
Skąd w polskich bankach taka ochota do wydawania kart? Być może część instytucji padła ofiarą własnej ambicji przegonienia konkurencji, oferując coraz dłuższe okresy bezodsetkowe i promocyjne opłaty. I jak w takiej sytuacji zarobić? Na czym? Na darmowym kredycie się nie da, na niskich opłatach, które nie rekompensują kosztów obsługi standardowych kart, również nie. Inaczej rzecz przedstawia się z kartami prestiżowymi. Wyższe limity kuszą bardziej, opłaty za wydanie, wznowienie czy obsługę karty już takie niskie nie są... Łatwiej wycisnąć z takiej karty (a właściwie z jej posiadacza) opłaty, dzięki którym cały ten biznes zaczyna się opłacać.
Karkołomna teza? Może. Ale też żaden z bankowców, nawet w prywatnych rozmowach, jej nie podważał. Za to wszyscy — jak jeden mąż — tłumaczą zalew złotych kart... rosnącą zamożnością społeczeństwa. Z tym z kolei trudno się zgodzić co bardziej uważnym obserwatorom życia społecznego.
Z drugiej strony, prestiżowe karty oferują coś, czego nie da żadna masówka — prestiż, rozszerzoną ochronę ubezpieczeniową, oryginalne rabaty, programy pełne pomysłów na spędzenie wolnego czasu, listy partnerów i miejsc, do których szary ciułacz raczej nie ma wstępu... Niestety — ogromna część zaślepionych wysokim limitem kredytowym klientów nie potrafi z tych dobrodziejstw korzystać. Bo tak z ręką na sercu, kto zadał sobie trud przeczytania regulaminu karty i zasad korzystania z wartości do niej dodanej? Lasu rąk nie widać. A szkoda, ponieważ czasami w usługach dodatkowych trafiają się perły.
Wyraźnie widać to na przykładzie partnera niniejszego dodatku, czyli Citibanku. Pionier na polskim rynku kart kredytowych szuka sposobów na wzbogacenie oferty dołączonej do karty, czego dowodem jest np. program Komfort. Citi wyprzedziło konkurentów. Ciekawe, na jak długo...?
Zapraszamy do lektury.