Dla Polaków mundial bez emocji, ale też bez stresów

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2026-06-10 18:32

Pierwszy raz w historii wielkich światowych imprez sportowych zdarza się sytuacja, że główny gospodarz niedługo przed otwarciem rozpętał awanturę wojenną na skalę globalną.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Rozpoczynające się 11 czerwca XXIII Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej są niepodobne do jakiegokolwiek turnieju wcześniejszego. Pierwszy raz powierzone zostały przez Międzynarodową Federację Piłki Nożnej (FIFA) aż trzem państwom, i to zajmującym cały kontynent Ameryki Północnej. To skala zupełnie nieporównywalna choćby z turniejem w 2002 r., gdy finały wspólnie organizowały dość zwarte terytorialnie Japonia i Korea Południowa. Notabene poprzedni mundial w 2022 r. z udziałem 32 drużyn został wręcz wciśnięty przez FIFA do maleńkiego Kataru, gdzie stadiony były odległe od siebie o przysłowiowy rzut beretem. Tym razem w pogoni za miliardowymi dochodami z praw telewizyjnych futbolowa centrala z Zurychu zmieniła koncepcję wręcz biegunowo. Rozmach terytorialny stwarza bezprecedensowe problemy logistyczne i transportowe. Aż 104 mecze odbędą się na 11 stadionach rozrzuconych po całych USA, na trzech w Meksyku oraz na dwóch w Kanadzie. Harmonogram turnieju dowodzi, że jest on organizowany nie przez trzech partnerów, lecz głównie USA z sąsiedzkim co najwyżej uzupełnieniem. Dotyczy to zwłaszcza decydującej fazy pucharowej po eliminacjach grupowych.

Zupełnie odrębny problem, którego decydenci FIFA nie przewidywali w 2018 r., nazywa się Donald Trump. Podczas przydzielania mundialu 2026 trzem północnoamerykańskim państwom był 45. prezydentem USA już wtedy prowadzącym politykę specyficzną, ale to, co robi w drugiej kadencji jako prezydent 47., było osiem lat temu jednak niewyobrażalne. Jego konfliktowa polityka międzynarodowa i wewnętrzna na każdym polu powoduje uzasadniony niepokój społeczności międzynarodowej o bezpieczeństwo w czasie turnieju, a przede wszystkim podczas meczów na terenie USA z udziałem reprezentacji Iranu. Pierwszy raz w historii wielkich światowych imprez sportowych zdarza się sytuacja, że główny gospodarz niedługo przed otwarciem turnieju rozpętał awanturę wojenną na skalę globalną. Dotychczas najbardziej negatywnymi historycznymi przykładami w tej dziedzinie były brunatne igrzyska olimpijskie Adolfa Hitlera w 1936 r., a wcześniej faszystowski finałowy turniej piłkarski Benita Mussoliniego w 1934 r. Tamte eventy zaledwie jednak wieszczyły nadchodzącą wojnę, tymczasem dokonane 28 lutego 2026 r. wspólne uderzenie USA i Izraela na Iran to przecież prywatna w gruncie rzeczy agresja prezydenta Donalda Trumpa i premiera Benjamina Netanjahu. Jej uzasadnianie nuklearnym zagrożeniem ze strony Iranu to iluzja, w którą nie wierzą nawet sami sprawcy.

Odchodząc od ponurego wątku politycznego, wypada nieśmiało zauważyć, że sportowo Polska ma w tym roku spokój. Jako kibice musimy przypomnieć sobie telewizyjne przekazy turniejów finałowych z RPA 2010 czy z Brazylii 2014. Wobec braku reprezentacji w USA generalne zainteresowanie społeczne mundialem oczywiście zmniejszyło się w Polsce skokowo. Ku pokrzepieniu serc podam jednak jaśniejsze strony wizerunkowej neutralności wobec amerykańskich mistrzostw. Otóż mamy przynajmniej pewność, że nie powtórzy się tradycyjnie fatalna dla Polski i głęboko stresująca triada grupowych meczów — otwarcia, o wszystko i o honor. Piłkarskie realia wskazują, że obecnym pułapem sportowym reprezentacji i tak byłoby co najwyżej bardzo hipotetyczne wydostanie się z grupy F — już nam przydzielonej, lecz osiągniętej przez Szwedów — do 1/16 finału oraz zakończenie udziału na tym meczu.

Zwiększając liczbę uczestników finałów, FIFA konsekwentnie zmniejsza procentowy udział Europy. Centrala światowa od lat zresztą walczy ostro z naszą kontynentalną UEFA o gigantyczne pieniądze, chcąc organizować dochodowe mistrzostwa świata co… dwa lata. Przypomnę, że jeszcze w Katarze 2022 wśród 32 państw zagrało 13 reprezentacji z Europy, czyli 40,6 proc. Teraz wśród 48 nasz kontynent ma 16 miejsc, czyli już tylko 33,3 proc., chociaż liczba bezwzględna wzrosła o trzy. Za mojego dzieciństwa całkowita liczba uczestników mundialowych finałów w RFN 1974 oraz Argentynie 1978 wynosiła tylko 16, ale przy dziewięciu miejscach dla Europy, co stanowiło aż 56,3 proc. Wtedy droga Polski do awansu — pod wodzą Kazimierza Górskiego i Jacka Gmocha — wiodła ostro pod górkę, nikt sobie nie wyobrażał ciągnięcia państw przez FIFA dosłownie za uszy w systemie baraży, jak to zdarzyło się obecnej reprezentacji, która okazała się jednak za słaba na wykorzystanie szansy. Reasumując, w czwartek zaczyna się za Atlantykiem eksperymentalna, ogromna impreza sportowa przez nas postrzegana z konieczności dość specyficznie — zgodnie z opisem w tytule.