Nie było poakcesyjnego boomu. Jednak coraz więcej firm oczekuje od jednostek współpracujących wykazania się certyfikatem jakości.
Samo posiadanie wdrożonego i certyfikowanego systemu zarządzania jakością, zgodnego z wymaganiami jednej z norm serii ISO, często jest warunkiem uczestnictwa w różnorodnych przetargach i zawierania umów w obrocie gospodarczym. Moment przystąpienia Polski do Unii Europejskiej nie miał na tę sytuację istotnego wpływu. Firmy, których charakter działalności wymagał posiadania stosownego certyfikatu, zatroszczyły się o niego grubo przed akcesją. Te, które jeszcze go nie mają, będą musiały to zrobić, aby istnieć na arenie konkurencyjności.
Już tu są
Dla wielu polskich producentów będących dostawcami lub kooperantami międzynarodowych koncernów uzyskanie certyfikatu ISO stało się warunkiem koniecznym do prowadzenia dalszej działalności.
— Duże firmy zachodnie, posiadające od dawna certyfikaty, wymagają od współpracujących z nimi spółek zapewnienia, że ich kontrakty zostaną zrealizowane w sposób należyty, z zachowaniem wysokiej jakości. W związku z tym, aby spełnić ich oczekiwania, należy im dorównać. W przeciwnym razie trzeba by dokumentować w inny sposób fakt, że dana firma jest w stanie zapewnić wysoką jakość usług czy produkcji. A to jest bardzo trudne i wiąże się z uruchomieniem machiny biurokratycznej. System natomiast daje jednoznaczną odpowiedź na to, w jaki sposób od początku do końca realizowane jest wykonanie produktu czy usługi — mówi Tomasz Gudima, szef firmy doradczej Intom Systemy Jakości.
Sama certyfikacja na określony system zarządzania jest całkowicie dobrowolna, ale posiadanie certyfikatu ma podbudować zaufanie klienta do przedsiębiorstwa i jakości jego wyrobu czy usługi.
— Obecnie jedynym obowiązkowym jest certyfikat na zgodność z systemem HACCP. Spośród pozostałych certyfikatów ISO do tej pory największą popularnością cieszyła się grupa ISO 9000. Obecnie zauważamy także wzrost zainteresowania certyfikacją według normy ISO 14001 oraz certyfikacją na zgodność z wymogami OHSAS 18001 — twierdzi Janusz Grabka, prezes TÜV Rheinland Polska.
Ta cezura to mit
Porównując lata przedakcesyjne i okres po przystąpieniu do Unii Europejskiej ogółem zainteresowanie pozyskaniem certyfikatów ISO wzrosło nieznacznie.
— Przed akcesją obserwowaliśmy stan „podgorączkowy”. Otrzymywaliśmy więcej zapytań dotyczących zarówno certyfikacji systemów zarządzania jak i szkoleń. Mimo to nie był to taki boom certyfikacyjny, jak w latach 1999-2003. W ciągu 2-3 miesięcy od akcesji sytuacja się ustabilizowała — twierdzi Anna Jasik, menedżer ds. marketingu w Kema Quality Polska.
Zdaniem Tomasza Gudimy, wzrost jest stały i niewielki — wynosi 8-10 proc. rocznie.
— Wiele firm zapewne chciałoby mieć certyfikat jakościowy, ale koszty certyfikacji i utrzymania systemu są tak wysokie, że wielu po prostu na to nie stać — mówi Tomasz Gudima.
Koszt uzyskania certyfikatu jest uzależniony od wielkości firmy, liczby zatrudnionych pracowników, wykorzystywanych technologii, jej organizacji oraz liczby norm, na jaką ma być certyfikowany system. Suma kosztów samego audytu certyfikacyjnego może wynieść nawet do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Podczas pierwszego roku obowiązywania certyfikatu na system zarządzania jakością lub zarządzania środowiskowego firma zatrudniająca kilkanaście osób powinna liczyć się z wydatkiem rzędu 10 tys. zł, firma zatrudniająca około 200 osób — 20 tys. zł. W kolejnych latach obowiązywania certyfikatu firmy ponoszą mniejsze koszty związane z audytami nadzoru, stanowiące zwykle od 50 do 70 proc. powyższych kwot. Niektóre z jednostek certyfikujących pobierają również opłaty za prawo do używania znaku ISO np. na drukach firmowych.
Kwestia przyszłości
Anna Jasik nie przewiduje w ciągu najbliższych miesięcy istotnych zmian na rynku certyfikatów ISO.
— Rynek ten w Polsce jeszcze się rozwija. Daleko nam do poziomu, który reprezentują starsi stażem w Unii Europejskiej — kwituje Anna Jasik.
Z drugiej strony, aby osiągnąć sukces na rynku unijnym, polskie firmy będą musiały dostosować się do wymogów rynku europejskiego, by stale podnosić swoją konkurencyjność.
— Certyfikaty potwierdzające wiarygodność oraz wysoką jakość oferowanych produktów i usług będą, podobnie jak na zachodzie Europy, integralną częścią prowadzenia interesów przez polskie firmy. W ciągu najbliższych 2-3 lat spodziewamy się zatem dalszego wzrostu liczby klientów. I nie będzie to już tylko zainteresowanie certyfikacją systemów zarządzania jakością na zgodność z normą ISO 9001, lecz znacznie szersze, obejmujące certyfikację na zgodność z określonymi standardami dla poszczególnych branż przemysłu — mówi Janusz Grabka.
Efekty skompensują koszty
Jakie są przesłanki rozpoczęcia procesu certyfikacji systemu zarządzania na zgodność z jakąś normą? Można wyobrazić sobie dwie: potrzeba posiadania certyfikatu (żądanie klientów, wymaganie przetargowe, marketing itp.) oraz potrzeba doskonalenia systemu zarządzania w przedsiębiorstwie.
Pierwsza występuje zdecydowanie częściej. A jednym z jej skutków jest traktowanie wydatków związanych z certyfikacją na równi z kosztami administracyjnymi (np. zakup mebli). Przy takim podejściu sumuje się koszty: wynajęcie konsultanta, czas pracy poświęcony na szkolenia, pisanie procedur czy audyty wewnętrzne oraz opłaty za szkolenia, certyfikację i pensja pełnomocnika. Następnie dąży się do ich minimalizacji. W rezultacie zmiany w przedsiębiorstwie, które powinny doprowadzić do zgodności systemu zarządzania z określoną normą, są wdrażane szybko i możliwie najtaniej (tani konsultant, tani certyfikator, słabo opłacany pełnomocnik). Nie trzeba być prorokiem, żeby wyobrazić sobie działanie takiego „zreformowanego” systemu zarządzania — nie bez powodu panuje dość powszechne przekonanie, że „to ISO” utrudnia pracę, dokłada niepotrzebnej biurokracji, jest niepraktyczne, niewygodne, nic nie daje, mnoży koszty itp.
Ale spróbujmy sobie wyobrazić wykorzystanie normy do faktycznego doskonalenia działalności firmy — w takim przypadku wydatki poniesione na wprowadzenie zmian, certyfikację, a potem na utrzymywanie certyfikowanego systemu zarządzania powinny się firmie opłacić. Powinniśmy zacząć od zdefiniowania spodziewanych efektów biznesowych całego przedsięwzięcia (o ile chcemy poprawić nasze działanie, o ile chcemy poprawić nasz wynik?). Takie podejście wymusi potraktowanie certyfikacji w kategoriach inwestycji — trzeba będzie zaplanować wydatki, ale także zaprognozować efekty biznesowe i skalkulować stopę zwrotu. Wtedy być może okaże się, że bardziej opłaca się wydać trochę więcej i zamiast tylko certyfikatu na ścianę osiągnąć efekty biznesowe, które nie tylko skompensują poniesione koszty, ale będą zarabiać na dalszy rozwój firmy.
Nie powinniśmy zapominać, że podstawą każdego systemu zarządzania są cele biznesowe postawione przed firmą i jej kierownictwem przez właścicieli przedsiębiorstwa a jednym z podstawowych wymogów w normach dotyczących systemów zarządzania jest zapewnienie ich skuteczności. Zatem dopiero wtedy możemy mówić o wdrożeniu zgodnego z normą SZJ, gdy efektem zmian jest lepsze, skuteczniejsze działanie prowadzące do celów biznesowych.
Artur Wawrzynowski, audytor wiodący w Det Norskie Veritas