Powszechnie oczekiwano, że spór resortu skarbu państwa z Eureko o pakiet akcji PZU gwarantujący kontrolę nad firmą nabierze latem większego tempa. I rzeczywiście, tak się stało. Chyba nikt nie spodziewał się jednak, że bardzo skomplikowany konflikt biznesowy, w dodatku mocno przepleciony polityką, zacznie przeradzać się w zwykłą pyskówkę, od jakich puchną sądowe wokandy.
Oficjalny komunikat ministerstwa skarbu zarzucający Eureko, że pieniądze z ewentualnej dywidendy przeznaczy na atakowanie rządu polskiego, zdaje się w istocie odbiegać od standardów. Siedząc za ministerialnym biurkiem, można sobie to i owo pomyśleć, lecz wypowiadać należy się z umiarem. Ale poczucie obrazy i najgłębsze nawet przekonanie o własnej racji to jedno, a ocena prawna to drugie. Składając pozew, Eureko będzie miało obowiązek przeprowadzić dowód, że jego dobra osobiste rzeczywiście zostały naruszone. To zaś bywa trudne nawet w wypadku kłótni dwóch dam w maglu. Prawnicy mogą zacierać ręce.
W dodatku, jeżeli jednak dojdzie do takiego kuriozalnego procesu, to jego rozstrzygnięcie na korzyść którejkolwiek ze stron w żaden sposób nie przybliży zakończenia zasadniczego sporu o własność PZU. Przeciwnie, jeszcze bardziej skomplikuje stosunki pomiędzy państwem a sporą międzynarodową korporacją finansową. Dojdzie bowiem do przemieszania racji merytorycznych spierających się stron z racjami ambicjonalnymi ich reprezentantów, a to zawsze jest mieszanka wybuchowa.
Najnowszy incydent w każdym wypadku spowolni więc zakończenie całej sprawy. A to może cieszyć tylko i wyłącznie konkurentów PZU.