Liderzy central związkowych, które uczestniczyły we wtorkowej manifestacji górników w Warszawie, deklarują wolę podjęcia rozmów w sprawie ewentualnego pokrycia strat spowodowanych podczas zamieszek, jakimi zakończył się ich protest. Są gotowi pokryć koszty, jeśli zostaną one precyzyjnie wyliczone i dokładnie udokumentowane.
Władze Warszawy i stołeczna policja zamierzają domagać się od organizatorów pokrycia strat. Policja swoje straty wstępnie wycenia na ponad 98 tys. zł, miasto - na 27 tys. zł.
Według wiceprzewodniczącego Związku Zawodowego Górników w Polsce Wacława Czerkawskiego, to sumy zawyżone. "Straty muszą być, jak to na wojnie. Nie rozumiemy, skąd wzięły się tak duże kwoty, ale chcemy rozmawiać" - powiedział w piątek PAP.
Przewodniczący Sekretariatu Górnictwa i Energetyki "S" Kazimierz Grajcarek nie chciał komentować wysokości tych sum, uważa jednak, że związkowcy powinni być dopuszczeni do prac przy wycenie strat. "Stało się jednak to, co się stało i trzeba to wziąć z całym dobrodziejstwem. Uczciwość ludzka wymaga naprawienia krzywd" - powiedział PAP.
Jednocześnie obaj liderzy podkreślili, że zniszczeń dopuszczały się również osoby nienależące do żadnego związku zawodowego. Przypomnieli, że odpowiedzialność organizatorów kończy się z chwilą rozwiązania demonstracji, tymczasem już po tym fakcie burdy trwały nadal. W takich wypadkach odpowiedzialność za zniszczenia ponoszą indywidualnie uczestnicy zajścia.
Choć związki zawodowe zapewniają pomoc prawną wszystkim swoim członkom, których staną przed wymiarem sprawiedliwości, to zarówno Grajcarek, jak Czerkawski zapewniają, że dla chuliganów nie będzie litości i będą musieli pokryć koszty swoich wybryków z własnej kieszeni.
Przewodniczący Grajcarek ma też zastrzeżenia do pracy policji. "Strat nie byłoby tyle, gdyby wszystko po jej stroniebyło tak, jak należy" - ocenił.
Jak powiedział, policja i organizatorzy uzgodnili np., że do Warszawy nie będą przywożone niebezpieczne narzędzia. Według jego relacji, podczas policyjnej kontroli przed wjazdem do stolicy na parking wjechały cztery autobusy z pijanymi górnikami, nie należącymi do żadnego związku, którzy wieźli m.in. styliska od łopat.
"Proponowaliśmy, by policja zabrała ten sprzęt, ale usłyszeliśmy, że demonstrujących jest za dużo i są nietrzeźwi, a policji za mało i może dojść do konfliktu. Oficer zadeklarował jednak, że nie dopuszczą ich na miejsce demonstracji. Z tego zobowiązania policja się nie wywiązała" - mówił Grajcarek. Inny jego zarzut to skierowanie przez policję strumienia wody z armatki wodnej na nagłośnienie organizatorów protestu, co miało zniszczyć sprzęt i uniemożliwić przywódcom porozumiewanie się z manifestantami.