W I połowie roku polska gospodarka nadal tkwiła w marazmie. Wbrew oczekiwaniom analityków, świat nie zdołał wyjść z recesji. Jedyne pocieszenie to rosnący eksport.
Sytuacja z 2001 roku się powtarza. Ekonomiści znów mają problem z prognozowaniem wskaźników. Szacunki nawet najbardziej renomowanych specjalistów — tworzących Gabinet Cieni „Pulsu Biznesu” — znów nie znalazły pokrycia w rzeczywistości. Redakcja „PB” postanowiła zweryfikować prognozy na II kwartał, podane w numerze 31 z 13 lutego.
Do pełnego obrazu polskiej gospodarki w I półroczu brakuje już tylko komunikatu Głównego Urzędu Statystycznego o dynamice wzrostu gospodarczego w drugim kwartale. Ekonomiści podtrzymują swoje prognozy z 13.02.
Specjaliści zaproszeni przez „PB” przyznają jednak, że w lutym nie przewidzieli, co będzie lokomotywą gospodarki. Analitycy liczyli wówczas, że będą widoczne pierwsze efekty obniżek stóp procentowych dokonanych w 2001 r. Spodziewano się, że poprawi się popyt krajowy, a nakłady inwestycyjne wzrosną. Tymczasem to eksport napędzał gospodarkę i to głównie on — w ocenie ekspertów — utrzymał dodatnią dynamikę PKB w drugim kwartale.
Największym problemem dla ekonomistów było prognozowanie kursu walutowego. Wahania na rynku przeszły wszelkie oczekiwania analityków. Osiągnięcie przez euro poziomu parytetu w połowie roku zaskoczyło wszystkich. Dodatkowymi impulsami wzmacniającymi złotego była wielka podaż obligacji i oczekiwanie rynku na redukcje stóp procentowych. Werbalne próby polityków osłabiania złotego nie były skuteczne. Potrzeby pożyczkowe rządu i niska inflacja utrzymały polską walutę na mocnym poziomie. Pod koniec II kwartału za dolara płacono 4,05 zł, choć spodziewano się, że jego cena wyniesie od 4,2 do 4,3 zł.
Z lekkim niedowierzaniem ekonomiści przyjęli informacje o spadku stopy bezrobocia w maju i czerwcu do poziomu odpowiednio 17,2 i 17,3 proc. Tylko Dariusz Filar, główny ekonomista Pekao SA, spodziewał się, że spadnie ono poniżej 18 proc. Zdaniem specjalistów, spadek bezrobocia to efekt sztuczki statystycznej, a nie rzeczywistej poprawy sytuacji na rynku pracy.
Główny Urząd Statystyczny nie traktował jako bezrobotnych osób, które znalazły zatrudnienie przy okazji spisu powszechnego. Tymczasem był to efekt chwilowy, podobnie jak początek sezonu w budownictwie i rolnictwie. Sezonowi pracownicy powrócą masowo do urzędów pracy w jesieni wraz z rosnącą rzeszą absolwentów i przedstawicieli wyżu demograficznego z początku lat 80.