Gospodarką świata rządzą marki

Monika Niewinowska
opublikowano: 2001-12-06 00:00

Według badań socjologów, nasz kraj nadal jeszcze widziany jest przez większość narodów jako zacofany, ubogi i nieinteresujący. Wizerunek ten jest oczywiście anahroniczny, nieprawdziwy i niesprawiedliwy, trwa jednak niezmiennie, a u jego podstaw leży ogromna niewiedza o współczesnej Polsce.

Tych stereotypów nie są w stanie zmienić nawet największe sukcesy i osiągnięcia, jeżeli ich skala nie wykroczy poza rynek narodowy. Dlatego też priorytetowym zadaniem naszego kraju powinno być wyjście na zewnątrz z informacją o silnych stronach polskiej gospodarki.

Podstawową wartością kształtującą w nowoczesnej gospodarce pozycję rynkową jest marka. Bezmarkowi producenci mogą liczyć jedynie na role niezauważalnych statystów. Tymczasem, z badań struktury polskiego eksportu wynika, że około 60 proc. krajowych firm eksportuje pod obcymi markami lub anonimowo. W praktyce oznacza to, że jako gospodarka płacimy tzw. rentę markową, sięgającą nierzadko nawet 80 proc.

— Świat liczy obecnie około 200 państw. Jednak tylko 10 proc. z nich korzysta na skalę globalną z premii, jaką zapewnia marka narodowa. Kolejna dwudziestka, różna w różnych częściach świata, odnosi z tego tytułu korzyści cząstkowe — regionalne lub branżowe, ograniczone do konkretnych dziedzin lub nisz rynkowych. 150 pozostałych krajów stanowi dla reszty świata anonimową masę egzotycznych nazw — mówi Mirosław A. Boruc, prezes fundacji Promocja Polska — Instytutu Marki Polskiej.

Dodaje on, że polskie firmy nie są niestety dostatecznie bogate i doświadczone, aby samodzielnie wykreować swoje marki na rynkach międzynarodowych. Dlatego właśnie konieczne jest jego zdaniem stworzenie megamarki — „Polska”.

— Marka kraju to filtr, przez który, często podświadomie, przesiewa się około połowy decyzji konsumpcyjnych, inwestycyjnych i biznesowych. Kupuje się jakość i solidność Made in Germany, włoską stylistykę, pizzę i modę, duńskie meble, nabiał i klocki, nowoczesne technologie z USA i Japonii, francuskie wina czy perfumy, angielską muzykę młodzieżową, ręcznie wykańczane samochody, tradycję i uroki niezwykłej prowincji, szkockie wełny i whisky, szwajcarskie leki i zegarki, czy też węgierską paprykę i salami. Miejsce w czołówce najlepiej kojarzonych krajów to nie tylko kwestia samopoczucia narodowego i satysfakcji, ale przede wszystkim premia wizerunkowa. Oznacza ona rekomendację dla firm i produktów, większy eksport, referencje dla polskich instytucji i turystów, dopływ wysokiej jakości kapitału, czyli w rezultacie szybszy rozwój naszego kraju — twierdzi Mirosław A. Boruc.

Sama promocja naszego kraju nie przyniesie efektu w postaci gwałtownego wzrostu międzynarodowej atrakcyjności naszej oferty eksportowej.

— W przypadku promocji polskiego eksportu dużą rolę odgrywa czynnik wewnętrzny. Wszelkie działania promocyjne mogą bowiem zostać zneutralizowane poprzez obiektywną nieatrakcyjność naszej oferty eksportowej. Wyniki badań prowadzonych przez różne międzynarodowe instytucje wskazują bowiem jednoznacznie na niską konkurencyjność międzynarodową polskiej produkcji — tłumaczy Mariusz Radło z Departamentu Promocji Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Innego zdania na temat celowości promocji naszego kraju, a szczególnie rodzimych produktów, są jednak osoby związane bezpośrednio z naszą gospodarką.

— Dzisiaj, na świecie, wizerunek tworzy się produktami i markami. Przełożenie dobrej opinii o produkcie na wizerunek kraju jest większe, niż kraju na pochodzące z niego produkty. Uważam, że Polska ma potencjał w postaci ciekawych, dobrych jakościowo produktów. Problemem jest to, że nie są one znane za granicą. Nasze władze miały do tej pory dosyć liberalne nastawienie do promocji eksportu. Obecnie sytuacja ta ulega poprawie. Znajduje to potwierdzenie m.in. w wysokości przeznaczonych na ten cel funduszy, które mimo oszczędności budżetowych stanowią 150 proc. wartości zeszłorocznej. Pozwala nam to mieć nadzieję na poprawę wizerunku polskich produktów za granicą, nie należy jednak zapominać, że kwoty przeznaczane przez nas na promocję nadal pozostają kilkakrotnie niższe niż ma to miejsce w Czechach czy na Węgrzech — twierdzi Igor Mitroczuk, dyrektor Departamentu Promocji w Ministerstwie Gospodarki.