GPW potrzebuje pilnie paliwa

Andrzej Stec
opublikowano: 29-02-2008, 00:00

Popyt najszybciej obudzą TFI lub duża oferta państwowej spółki

W ostatnich tygodniach krajowe indeksy zachowują się wyraźnie słabiej niż ich zachodni konkurenci. Przykład? Chociażby ostatnie pięć sesji. Amerykański Dow Jones wzrósł prawie o 6 proc. WIG w tym czasie stracił 2 proc. Wyraźnie osłabły też obroty. W lutym będą niższe o jedną trzecią niż w styczniu. Rynek nie może dojść do siebie po tąpnięciu z przełomu roku. Ponaddwumiesięczne spadki sprawiły, że krajowe spółki stały się tańsze o 150 mld zł. Wielu inwestorów, tak jak w 1994 r., rozstało się z rynkiem akcji.

GPW wyraźnie potrzebuje paliwa, które wyrwie ją z marazmu. Kto go dostarczy? Może fundusze emerytalne (OFE). Co miesiąc dostają od ZUS miliard złotych i na razie nie muszą nic wypłacać. Problem w tym, że OFE wobec utrzymującej się niepewności preferują rolę stabilizatorów. Potwierdziły to zresztą w styczniu. Kiedy kursy poprawiających wyniki spółek nie mogły znaleźć dna, OFE odbierały papiery z drżących rąk. Poza tym fundusze emerytalne szykują miejsce w portfelu na akcje prywatyzowanych firm.

Polski rynek ożywić mogliby też coraz odważniejsi inwestorzy zagraniczni. Z rozmów z maklerami wynika jednak, że ci, którzy mieli kupić polskie papiery na dłuższy czas, już to zrobili. Teraz na parkiecie przeważają krótkodystansowcy, którzy szybko na niego wchodzą, ale jeszcze szybciej z niego schodzą, w rytm grany przez amerykańskie indeksy. Być może ich okres inwestycyjny wydłużyłby resort skarbu. Do tego potrzebna jest jednak duża prywatyzacja, która zawsze ożywia rynek. Na początek wystarczyłaby zapowiedziana wstępnie na czerwiec oferta energetycznej Enei. Po wakacjach inwestorów ożywiłaby oferta samej GPW, Południowego Koncernu Energetycznego, a może i PZU.

Obok resortu skarbu nadzieją dla GPW są też Polacy, którzy masowo inwestują poprzez krajowe TFI. Obecnie to około 3,3 mln osób. Ostatnio wiele z nich na własnej skórze przekonało się, że giełda nie jest miejscem dla krótkoterminowych spekulacji, ale dłuższego i systematycznego oszczędzania. Przykład Hiszpanii czy Irlandii pokazuje, że funduszowa moda tak szybko nie przeminie. Według wielu krajowych zarządzających, trzeba jednak kwartału, by aktywa akcyjnych TFI znów zaczęły rosnąć. Przemawia za tym rosnąca zamożność Polaków, ale nie tylko. Do funduszy, które choć w części inwestują w akcje krajowych firm, klientów zachęca brak konkurencji. Obligacje czy lokaty bankowe dają obecnie niewiele wyższy zysk niż inflacja. Instytucje finansowe mocno wabią też kilkuletnimi produktami strukturyzowanymi, które z jednej strony gwarantują wypłatę wpłaconych oszczędności, z drugiej — dają nadzieję na zyski z ryzykowniejszych inwestycji. Tyle tylko że przy tego typu inwestycjach mało przejrzyste są opłaty, a po drugie — według analityków przepytanych przez agencję Bloomberg — czas wysokich zysków na surowcach już minął (więcej na pb.pl).

Pesymiści zastanawiają się jednak, nie „kiedy”, ale „czy” GPW ma jeszcze szanse wrócić do długoterminowego trendu wzrostowego. To — upraszczając — zależy od spełnienia dwóch warunków. Pierwszy — to dobra koniunktura gospodarcza w Polsce. Pod tym względem jest bezpiecznie, choć wysoka ubiegłoroczna baza zmniejszy spółkom dynamikę wzrostu zysków. Groźna jest jedynie inflacja, która już szaleje na Węgrzech, w Turcji czy na Łotwie, windując koszt pieniądza na rynku.

I drugi warunek — brak recesji USA. Takie tuzy, jak Alan Greenspan czy George Soros co rusz o niej przypominają. Tymczasem według bankowców z Fedu USA czeka co najwyżej spowolnienie gospodarcze. Poza tym mija już pół roku, od kiedy zapaść na rynku ryzykownych kredytów hipotecznych zbiera żniwo. Wydaje się, że najgorsze minęło, a inwestorzy lada moment zaczną już dyskontować poprawę kondycji amerykańskiej gospodarki. Zwłaszcza że dolarów na rynku jest coraz więcej. Paliwa maklerom z Wall Street dostarcza Fed, który znacząco obniżył w ostatnich miesiącach stopy procentowe i raczej nie powiedział ostatniego słowa. I jeszcze jedno. W roku wyborów prezydenckich za oceanem ewentualny spadek indeksów i przedłużająca się recesja pogrążyłyby rządzących obecnie Republikanów.

SONDA: Kto wyrwie GPW z marazmu?

Kierunek wyznaczy zagranica

Mariusz Staniszewski

prezes Noble Funds TFI

Obecnie rzeczywiście mamy na rynku dziwną sytuację. Przy bardzo silnych fundamentach krajowej gospodarki warszawski parkiet spada, gdy indeksy na zachodnich parkietach rosną. Przy obecnym poziomie cen bardzo prawdopodobne, że impuls do wzrostów przyjdzie z zagranicy. Wtedy do gry włączą się także otwarte fundusze emerytalne. Jeśli wzrosty się utrzymają, to na parkiecie powinni pojawić się także gracze indywidualni, a wraz z nimi klienci TFI.

Dla zagranicy wciąż zbyt drogo

Piotr Kuczyński

ekonomista Xelion Doradcy

GPW od dłuższego czasu pozostaje w trendzie bocznym. Najwyraźniej nasze fundusze nie wierzyły w powrót do dłuższych wzrostów i czekały na wypalenie się ruchu powrotnego w USA, przy okazji sprzedając akcje. Teoretycznie miały rację, ale jeśli się myliły i na świecie rozpoczął się już zapowiadany przeze mnie wiosenno-letni wzrost, to w końcu przegrają. Powód? GPW zawsze w końcu dołącza do peletonu.

Impulsem wzrostowym dla GPW zawsze jest to, co dzieje się na innych giełdach. W ewentualnych wzrostach będą uczestniczyć wszyscy po trochę, przy czym zagranica w mniejszym stopniu, bo ta grupa nadal uważa nasze akcje za drogie.

W drugim kwartale indeksy będą rosły. Ogólnie panujące przekonanie o znacznej poprawie sytuacji gospodarczej w drugim półroczu musi wcześniej odbić się na zachowaniu giełdy.

Tylko duża prywatyzacja

Jacek Radziwilski

dyrektor zarządzający Unicredit CA IB

W najbliższych tygodniach trudno się spodziewać impulsu ze strony krajowych TFI, który ruszyłby GPW. Taki impuls raczej nie nadejdzie ze strony OFE. Za to pozytywne sygnały napływają z europejskich funduszy rynków wschodzących. Dwa tygodnie temu po raz pierwszy od wielu tygodni okazało się, że napływ kapitału do tych instytucji jest większy niż odpływ. Ale czy to rozrusza GPW? Raczej nie. Historia pokazuje, że dobrym kołem zamachowym naszego rynku były duże prywatyzacje przeprowadzane przez giełdę. To właśnie one w połączeniu z dużymi ofertami prywatnymi mogą naprawdę ruszyć GPW.

Wiesław Rozłucki

współtwórca i wieloletni prezes GPW

Mieliśmy kilka lat bardzo dobrych, wyraźnie wykraczających poza długofalowy trend. Za te lata radości trzeba zapłacić. Moja ocena sytuacji nie jest jednak zła. Ogólnie nie odbiegamy od tego, co się dzieje na Zachodzie. Rynek zastanawia się po prostu, jaki jest rozsądny poziom wycen wobec przyszłej koniunktury. Dzisiaj nie ma już pewności, że będzie tylko lepiej. Poza tym wciąż nie wiadomo, czy światu grozi recesja, czy nie. GPW ewidentnie brakuje dużych ofert publicznych, w tym firm państwowych. Obecnie na rynku pierwotnym panuje bezruch. Spółki przygotowują się do debiutów. Jestem przekonany, że większość z nich będzie przynosiła wysokie zyski w przyszłości. Na rynku brakuje przekonania, że racjonalne wyceny dokonane w obecnych warunkach są właściwe. Trzeba jasno powiedzieć, że ubiegłoroczne, wygórowane ceny już się nie powtórzą.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Stec

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu