GPW pozytywnie zaskoczyła na finiszu

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 2008-06-26 17:55

Reakcja na zakończone wczoraj posiedzenie Rezerwy Federalnej potwierdziła przypuszczenie, że po wyzbyciu się z talii wszystkich asów w postaci obniżek stóp procentowych grono skupione wokół Bena Bernanke straciło moc skutecznego, choć doraźnego stymulowania rynków akcji. Sesja za oceanem zakończyła się co prawda umiarkowanym wzrostem, ale dzisiejszy dzień inwestorzy przywitali z silnym bólem głowy.

Komunikat Fed nie pozostawił złudzeń, że amerykański bank centralny coraz bardziej obawia się wzrostu oczekiwań inflacyjnych i nie będzie skłonny ryzykować rozkręcenia cenowej spirali nawet kosztem większego spowolnienia gospodarki. Asekuracyjnie napisany tekst komunikatu okazał się raczej listą obaw członków Fed niż jasną zapowiedzią działań mających zapobiec rozwojowi negatywnych tendencji. Taki dowód rozterek zarządu Fed nie mógł umocnić osłabionego morale inwestorów.

Pozbawieni wzmacniającego zastrzyku tańszego pieniądza inwestorzy musieli teraz stawić czoło nowej porcji niepomyślnych wieści ze spółek, w szczególności tych z sektora finansowego. Rano europejskie parkiety obiegła wiadomość o problemach banku Fortis, który został zmuszony do podniesienia kapitału i cofnięcia wypłaty dywidendy. Bardzo złe wrażenie wywarło także obniżeni rekomendacji dla banków inwestycyjnych przez analityków Goldman Sachs. Wyprzedaż rozlała się także na inne sektory, szczególnie samochodowy. Od rana słabł dolar, a po południu zaczęła drożeć ropa, częściowo z powodu dolara, a po części w wyniku wypowiedzi szefa OPEC, że latem cena baryłki może sięgnąć poziomu 170 USD. Co ciekawe, główną odpowiedzialnością za drożyznę szef OPEC obarczył... właśnie amerykańską walutę.

Nie był to klimat sprzyjający wzrostom i w odróżnieniu od dwóch poprzednich sesji tym razem Wig20 zaczął dzień od spadku. Na tle jednak rynków z zachodu kontynentu GPW prezentowała się całkiem nieźle, gdyż mimo dużej przeceny za granicą szybko pojawiły się zlecenia kupna, które dzięki niewielkim obrotom zdołały wyciągnąć indeks blue chipów nad kreskę. Można było odnieść wrażenie, że zdeterminowana grupa inwestorów zamierza nie dopuścić do przełamania przez indeks poziomu 2600 pkt.

Siła popytu nie była jednak na tyle duża, by zapobiec powrotowi wskaźnika pod kreskę, gdy po południu  nastroje za granicą sięgnęły dna po publikacji nieco gorszych od oczekiwań danych z amerykańskiego rynku pracy. Mimo to zasięg spadku w Warszawie był symboliczny i ani na chwilę nie pojawiło się realne zagrożenie zejścia pod psychologiczne wsparcie. Nawet po bardzo słabym otwarciu na Wall Street kupujący nie tylko nie skapitulowali, ale w ostatniej fazie sesji podjęli kontratak i zdołali doprowadzić do wzrostowego zamknięcia. Wig20 zyskał 0,6 proc. i niespodziewanie okazał się najsilniejszym indeksem kontynentu. Jak widać skłonność do nieobliczalnych zachowań to jego specjalność. Znowu nie powiodło się jednak mniejszym spółkom, których indeksy po raz kolejny spadły.

Liderem blue chipów został PKN Orlen, zyskując pond 5 proc. i to przede wszystkim jego zwyżce indeks zawdzięczał dodatni wynik końcowy. Tuż za nim uplasował się Lotos, uznany przez analityków KBC za wyjątkowo niedowartościowany. Branża paliwowa została zatem wreszcie dostrzeżona, gdyż ostatnio spółki z tego sektora cierpiały nie bardzo wiadomo za co przy utrzymującej się rekordowo wysoko cenie surowca. Wzrost kursu akcji TP o prawie 3 proc. przypieczętował wynik sesji.

Słabo wypadły natomiast banki Pekao i PKO BP. Oba straciły po niespełna 1 proc. Obroty wyniosły zaledwie 765 mln. zł.

Zachowanie warszawskiego rynku zaskoczyło, ale trzeba pamiętać, że indeksy GPW spadały dotąd znacznie szybciej niż zagraniczne i wyprzedanie osiągnęło już wartości ekstremalne. Widać to było dzisiaj, gdy mimo  powszechnego pesymizmu po prostu zabrakło sprzedających, przynajmniej w segmencie blue chipów.

Główną falę wyprzedaży GPW ma już za sobą i  może czekać teraz na rocznym minimum na rozwój wypadków za granicą, który przesądzi o średnioterminowym kierunku koniunktury.

Na razie nie zanosi się tam na zmianę na lepsze. Indeks DJI z łatwością wylądował poniżej marcowego dołka, a S&P500 przełamał linię 1300 pkt. i już tylko 40 pkt. dzieli go od tegorocznego dna koniunktury. Nie pomogła nawet wyższa od oczekiwanej sprzedaż domów na rynku wtórnym. Już dzisiaj zatem może dojść za oceanem do rozstrzygnięcia. Jeśli inwestorom puszczą nerwy, nowe minima staną się faktem i jutro w Europie może nastąpić krwawa łaźnia.

Mimo to relatywnie niska liczba nowych rocznych minimów spółek w porównaniu z poprzednimi dołkami koniunktury zwiększa nieco szanse na pomyślny test. Gdyby pod koniec dzisiejszej sesji nastąpiło wyraźne odreagowanie, rynek uwierzyłby zapewne w udany test i jutro sytuacja byłaby diametralnie inna.