Gra pod przyszłe wezwanie

Beata Tomaszkiewicz
opublikowano: 2006-01-03 00:00

Akcjonariuszy nie wystraszyło ani walne BOŚ, które zakończyło się bez przyjęcia uchwał, ani zwolnienie zarządu. Akcje poszybowały w górę.

Na wczorajszym otwarciu akcje Banku Ochrony Środowiska ostro poszybowały w górę. Na zamknięciu za jeden walor płacono 86,10 zł. To oznacza wzrost o 19,6 proc.

Górny pułap

To reakcja inwestorów na wieści dochodzące ze spółki. Zgodnie z nimi Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW), który wraz z funduszami wojewódzkimi ma 50,42 proc. udziałów w BOŚ, rozpoczął rozmowy ze Skandinaviska Enskilda Banken (SEB), który ma 47,50 proc. udziałów, o odkupieniu jego akcji.

— To właśnie przyczyna wzrostu kursu. SEB wchodził do BOŚ, odkupując jego akcje od Kredyt Banku. Płacił za nie ponad 100 zł za sztukę. Inwestorzy liczą na to, że SEB, sprzedając teraz swoje walory, będzie chciał uzyskać za nie podobną cenę. Mają też zapewne nadzieję, że cena, jaką NFOŚiGW zaproponuje w wezwaniu na walory pozostające w wolnym obrocie, będzie zbliżona do tej, jaką dostanie SEB — uważa Marcin Materna, analityk Millennium DM.

Licząc po obecnym kursie, udział SEB w polskim banku jest wart około 500 mln zł, a cały bank ponad 1 mld zł.

Niejasne zamiary

Drobnym inwestorom najwyraźniej nie przeszkadza fakt, że trwające ponad tydzień walne zgromadzenie akcjonariuszy zakończyło się w piątek, nie uchwalając żadnej z planowanych zmian, a przede wszystkim nie dokapitalizowując spółki. W dodatku z zarządu odwołany został prezes i dwóch członków, bo — jak argumentowali przedstawiciele funduszu — utracili zaufanie akcjonariuszy. Fundusz nie jest zachwycony nową strategią, która miała skierować bank na szybszy rozwój na rynkach komercyjnych, w tym detalicznym.

— BOŚ traci rynek i do tej pory nie udało mu się wejść na poziom dochodowości, jaki miał w drugiej połowie lat 90. Dlatego trudno zrozumieć politykę ograniczania jego roli do finansowania działań proekologicznych i samorządów. Powinien kopiować wzorce z innych banków, czyli rozwijać się na rynkach najbardziej dochodowych, w tym detalicznym — uważa Marcin Materna.