Londyńskie butiki powszechnie sprzedają — prócz nowych kolekcji — ubrania sprzed kilku lub kilkunastu lat. Aukcje podobnych ciuchów tłoczą się w Internecie. A co u nas z markowymi strojami vintage couture?
,,Każda elegancka kobieta wymienia czasem zawartość swojej szafy. Nie chcesz, aby wiedziały o tym Twoje przyjaciółki — zadzwoń do nas: przyjedziemy, kupimy, dyskretnie wybawimy Cię z kłopotu” — taką reklamę wydrukowano na wizytówce warszawskich ,,Nastrojów” przy ul. Królewskiej.
Ceny do przyjęcia
— Jola Fraszyńska kupiła u nas gronostaje, w których wystąpiła na rozdaniu Wiktorów — mówi na początek Dorota Umiastkowska- -Stachowiak, która — ze szwagierką Dorotą Stachowiak — od kwietnia 2003 ten sklep prowadzi.
Na początku właścicielki sprzedawały w nim ciuchy z własnych i koleżanek szaf. Później trafiło do nich wiele kobiet, które z różnych powodów muszą często wymieniać garderobę. W tym takie, co to za żadne skarby nie pojawią się drugi raz w tej samej kreacji.
— Wciąż przychodzą nowe osoby, ale sklep działa dzięki stałym klientkom — ocenia Dorota Umiastkowska-Stachowiak.
W ,Nastrojach można dostać pojedyncze sztuki wszystkich rozmiarów. Chętni znajdą tu rzeczy używane, lecz i nowe — jeszcze z metką. Właścicielki chętnie przyjmują ubrania trudno dostępne na rynku — np. numer 34 czy 46. Towar na półki trafia w różny sposób: nowe stroje przyniosły właścicielki likwidowanego sklepu z markową odzieżą, ciuchy znanych włoskich projektantów przywozi z Italii młoda pilotka wycieczek.
— Najważniejsze, by ubrania były nietuzinkowe. Inne niż wszystkie — przypomina Dorota Stachowiak
Na wieszakach: spódnica Prady z jesienno-zimowej kolekcji za 200 zł, top Moschino za 350 zł, sukienka Escady za 600 zł. Na półkach — piękne torebki. Uwagę zwraca zwłaszcza ta z aligatora, pięknie wykończona (za 430 zł).
— Ktoś wstawił do nas gromadzoną latami kolekcję torebek. Kiedyś klientka poprosiła, by odłożyć dla niej jedną z nich. Zgodziłyśmy się. Torebkę postawiłyśmy jednak na półce — by była widoczna dla odwiedzających. Pokłóciły się o nią trzy klientki. Nie dało się wytłumaczyć, że jest zarezerwowana. Gdy pani, która zamówiła torebkę, pojawiła się z pieniędzmi — torebki już nie było... — mówi Dorota Stachowiak
W sklepie tłum rozpromienionych pań. Jedna kupuje właśnie kostium włoskiej firmy Rocco Barocco za 250 zł. Stała klientka. Opowiada, że upolowała tu już kilkanaście „perełek”.
— Kupiłam dla siebie torebkę Prady oraz etolę ze źrebaków i z norek. Dla córki zaś — sukienkę z finałów Miss Polonia i kurteczkę z karakułów — opowiada z błyskiem w oku.
Dziewczyny bez zmrużenia oka płacą w ,,Nastrojach” za sukienki na studniówki. Mają gwarancję, że ubrania będą niepowtarzalne.
Największy sukces? Cieszymy się, że nasze klientki, których nie byłoby stać na nowe ubrania haute couture, mogą — dzięki nam — chodzić w ciuchach od Chanel i Diora — twierdzą zgodnie właścicielki.
Marki nie dla Marków
„Weteran” na warszawskim rynku sklepów vintage — Madame de second hand — zaprasza przy ul. Bednarskiej od dziesięciu lat.
— Prowadziłam kiedyś jeden z pierwszych w Polsce butików z odzieżą haute couture — przy ulicy Orlej. Klientki opowiadały, że mają w szafach markowe rzeczy, których nie noszą. Pomyślałam... a że widziałam takie sklepy na Zachodzie, no to zdecydowałam się otworzyć swój — mówi właścicielka butiku, Halina Stawińska.
Klientki to polska klasa średnia: lekarki, prawniczki, często business woman — noszące ciekawe, nietuzinkowe rzeczy na co dzień. To także postacie z show-businessu i artystycznego światka.
— Panie, które wstawiają do nas ubrania, to zamożne osoby. Przyjeżdżają z całej Polski — mówi sprzedawczyni Jadwiga Majewska.
— Przyjmujemy rzeczy modne, w idealnym stanie. Metka niczego nie gwarantuje. Niektóre ciuchy po kilku miesiącach czasem do nas wracają — opowiada Halina Stawińska.
Na Bednarskiej wiszą ubrania Thierry Muglera, Sportmax, Gucciego, Valentino, Chanel czy Escady; można dostać nowe kozaki Anne Klein, buty Prady i trzewiki Fendi.
— Klientki często pozostają anonimowe: kierowca przywozi rzeczy i kiedy ciuch się sprzeda — w ten sam sposób odbiera pieniądze. Naszą stałą dostawczynią jest elegancka starsza pani, która ma zamożną córkę w Stanach: przynosi markowe ubrania tamtejszych projektantów. Bywa, że stałe klientki proszą, by informować je telefonicznie, kiedy w sklepie pojawią się ubrania w ich rozmiarze i ulubionych kolorach — ujawnia kulisy Halina Stawińska.
W Madame de second hand, jak w innych podobnych butikach, nie ma ubrań dla mężczyzn.
— Nie pozwala na to powierzchnia sklepu. Poza tym... Mężczyźni z reguły wolą kupić nową garderobę — ocenia Halina Stawińska.
W butiku na Bednarskiej można jednak czasem dostać markowe, nowe krawaty po bardzo okazyjnej cenie...
Blisko klientek
Małgosia Fabiani sześć lat była modelką w Mediolanie. Małgorzata Kościelska osiem lat pracowała we Francji u Yves Saint Laurenta. Po powrocie myślały o własnym biznesie. Warunek: niech interes będzie powiązany z branżą, w której od lat pracowały. Obie chciały robić coś, na czym się znały, mieć kontakt z ludźmi. I blisko do pracy... Sklep z odzieżą vintage Perpetuum Mobile mieści się na Starym Mokotowie, kilka minut drogi od ich domów.
— Zaczęło się od babskich wieczorów. Moje przyjaciółki to głównie modelki i stylistki. Okazało się, że każda z nas ma wiele rzeczy, w których nie chodzi. Pewnego razu na środek pokoju wystawiłyśmy wieszak i powiesiłyśmy na nim ubrania, których nie nosimy. No i nasz sklep zapełniły rzeczy koleżanek — wspomina Małgorzata Fabiani.
Początkowo do sklepu wpadali głównie znajomi. Ale poczta pantoflowa błyskawicznie pomogła i do butiku zaczęło przychodzić coraz więcej ludzi. W tej chwili do Perpetuum Mobile zaglądają rzesze stałych klientek. Przyjeżdżają wspaniałymi samochodami, wzbudzając emocje u miejscowych meneli. W sklepie często ubierają się kobiety z zamiłowaniem do niesztampowych ciuchów: stylistki, projektantki mody, żony biznesmenów, a także — no proszę! — posłanki, poszukujące eleganckich, stonowanych rzeczy.
— Kiedyś zadzwoniła do mnie koleżanka: „siedzę sobie w Żurawiu (znana warszawska knajpa — przyp. aut.), a tu widzę, że idą moje spodnie!’’ — śmieje się Małgosia Fabiani.
Jak właściciele zapewniają sobie dostawy?
— Kobiety dostają prezenty, które się im nie podobają; bywają też nietrafione zakupy. No i są panie, które lubią się szybko pozbywać nowych rzeczy. Dużo ubrań przynoszą modelki — dostają ciuchy po pokazach od wdzięcznych projektantów. Z workami ubrań przyjeżdżają znajomi cudzoziemcy — mówi Małgorzata Fabiani.
W butiku można dostać ubrania takich firm jak: Gucci, Nina Ricci, Dolce & Gabbana, Yves Saint Laurent, ale także Deni Cler czy Olsen. No i buty — nowe i używane: Bruno Magli, Sergio Rossi, Cavalli, Fremi, Pollini, Karl Lagerfeld czy Trussardi. Właścicielki założyły, że używane obuwie nie może kosztować u nich więcej niż 200 zł. Dostępne są także dodatki: szale, portfele i torebki.
Na wieszaku kusi wieczorowa suknia firmy La Perla (za 790 zł) oraz kombinezon Thierry Mugler (za 350 zł). Kilka miesięcy temu odważną suknię Karla Lagerfelda (700 zł) zakupiła młoda projektantka mody, która z punktu oświadczyła, że włoży ją tylko podczas pobytu w Paryżu. W sklepie można dostać także ubrania znanych polskich projektantów: Ewy Wajnert, Joanny Kędziorek, Macieja Zienia — czasem stworzone specjalnie dla konkretnej kobiety.
W sklepie działa tzw. gorący wieszak: wiszą tam rzeczy zarezerwowane przez klientki.
Perpetuum Mobile otwarto ponad dwa lata temu. Rok po rozpoczęciu działalności sklep okradziono. Gdy właścicielki rano zjawiły się w sklepie, zastały gołe wieszaki. Zniknęło ponad 600 sztuk ubrań! Potem jedna z klientek rozpoznała swoje ubrania na jednym z warszawskich bazarów...
— Większość pań zachowała się wspaniale. Nie chciały od nas pieniędzy za wstawione w komis ubrania lub rozłożyły należność na raty. Dzięki nim mogłyśmy kontynuować naszą działalność — mówi Małgorzata Fabiani.
Ale... Słynna jest już historia o klientce, której żakiet z jaszczura (wstawiony za tysiąc złotych), wisiał kilka miesięcy i nie cieszył się popularnością. Właścicielki sklepu dzwoniły do niej kilkakrotnie, prosząc o odebranie żakietu, ale klientka nie miała na to czasu. Kobieta ta poinformowana o kradzieży, zjawiła się już nazajutrz i — mimo prośby o rozłożenie należności na raty — zażądała natychmiast całej kwoty.
Klientki bywają różne. Jedne nie kupią ubrań projektantów, których nie znają, inne — ciuchów bez metki.
— Mamy nowe buty Sportmax, które kot pogryzł w jednym miejscu (niewidocznie), ale klientka stwierdziła, że nie będzie już w nich chodzić... Inna namówiła nas na umieszczenie w sklepie puszki, przeznaczonej na datki dla psów ze schroniska. Bywa u nas kilka razy w tygodniu i zawsze wrzuca do niej przynajmniej 10 zł — mówi z podziwem Małgorzata Fabiani.
Karuzela ludzi, gustów, krojów i zachowań.
