Specjaliści biją na alarm. Ich zdaniem wykorzystanie funduszy unijnych może przypominać bieg przez płotki.
Jan Olbrycht ekspert Instytutu Spraw Publicznych, były marszałek województwa śląskiego
Najważniejszą sprawą, szczególnie w pierwszych latach członkostwa w Unii, będzie jakość, a nie ilość wydatkowanych pieniędzy. W każdym przypadku pośpiesznie i byle jak zrealizowanych projektów Unia może zażądać zwrotu gotówki. Podstawową kwestią jest więc wieloletnie programowanie, ocena ryzyka, skutków, uzasadnienie celowości inwestycji, co w Polsce jest wciąż piętą Achillesa. W pierwszym okresie powinno się położyć szczególny nacisk na realizację tzw. projektów miękkich, czyli m.in. szkolenie kadr w kierunku obsługi pomocy, bo dziś brakuje nam rzeszy specjalistów.
Jerzy Kwieciński dyrektor ds. małych i średnich przedsiębiorstw w Polskim Przedstawicielstwie Komisji Europejskiej
Największą barierę w wykorzystaniu środków z funduszy strukturalnych będzie stanowił tzw. czynnik ludzki. Obawiam się, że polskie kadry nie są odpowiednio przygotowane. Trudno przypuszczać, że ten sam „zespół”, który już w tej chwili nie radzi sobie w pełni z obsługą funduszy przedakcesyjnych, będzie w stanie sprawnie zarządzać kwotami średnio 10-15 razy większymi.
Rafał Zagórny poseł Platformy Obywatelskiej, wiceminister finansów w rządzie Jerzego Buzka
Nie widzę w rządzie ani osoby, ani instytucji, która panowałaby nad problemem. Każdy patrzy z nadzieją, że inni są przygotowani, ale jak tak dalej pójdzie, to po roku-dwóch latach w Unii Europejskiej obudzimy się na totalnym kacu. Wykorzystanie funduszy z Unii zależy od współfinansowania, przygotowania instytucji, ludzi i konkretnych projektów. Pieniędzy brakuje zarówno w budżecie, w większości samorządów jak i w firmach. Każde działanie bez budżetowych oszczędności to przelewanie z pustego w próżne. Wciąż nie ma określonych procedur korzystania z pomocy, a podręcznik przygotowany przez resorty gospodarki i finansów sprowadza się do ogólnego opisu.