Gruzja tak naprawdę była unijnym tłem

Jacek Zalewski
opublikowano: 03-09-2008, 00:00

Przez cały wtorek politycy, analitycy, media etc. roztrząsali dorobek nadzwyczajnego szczytu Rady Europejskiej w Brukseli. Między innymi nasz Sejm na otwarcie powakacyjnego posiedzenia przyjął przez aklamację — chociaż z tekstem nie wszyscy się zgadzali — uchwałę solidaryzującą się z Gruzinami, nawiązującą zaś do konkluzji szczytu.

We wszystkich językach odmieniany był sukces, który w Unii Europejskiej stał się standardem. Z założenia jest wręcz niewyobrażalne, aby posiedzenie szefów unijnych państw i rządów nie zakończyło się propagandowym sukcesem. Tej konwencji podporządkowały się także oba skonfliktowane państwa, których starcie było powodem zwołania przez Nicolasa Sarkozy’ego nadzwyczajnej zbiórki politycznej. Rosja zasadnie uznała za swój sukces okoliczność, że Rada Europejska nie uchwaliła praktycznie niczego uciążliwego — bo trudno za takowe uznać hipotetyczne zawieszenie negocjacji w sprawie umowy o strategicznym partnerstwie. Gruzja zasadnie uznała za swój sukces obietnicę nieuznawania przez państwa członkowskie UE niepodległości Osetii Południowej oraz Abchazji. I to chyba wszystko, bo gdy konkluzje szczytu dobrze wyciśnie się z dyplomatycznej wody, to suchego niewiele w nich zostaje.

Dla mnie od początku było jasne — dlatego w komentarzu wczorajszym, pisanym na gorąco z Brukseli, właśnie tak rozłożyłem akcenty — że dla Unii Europejskiej najważniejszy był jej sukces wewnętrzny, Gruzja zaś stanowiła zaledwie tło. Klasa polityczna wyjeżdżała dumna z siebie, że w ogóle udało się jej jakiś dokument jednogłośnie przyjąć. A udało wyłącznie dlatego, że jest on enigmatyczny i miałki. Miarą sukcesu polskiego — oprócz taktycznego zjednoczenia się prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska — jest wstawienie do końcowych konkluzji punktu o konieczności dywersyfikacji źródeł energii i tras dostaw. Nic konkretnego również z niego nie wynika, ale prawda ta powoli dociera do świadomości przywódców wszystkich państw członkowskich.

Dokument przyjęty przez Radę Europejską z jednej strony uznaje Osetię Południową i Abchazję za terytorium Gruzji, ale z drugiej domaga się powrotu wojsk rosyjskich na pozycje sprzed 7 sierpnia — czyli tylko wycofania się z Gruzji „właściwej”. Nikt tego nie powiedział głośno i nie napisał, ale oba kaukaskie terytoria do Gruzji nie wrócą nigdy. To znaczy — dopóki będzie istniała Federacja Rosyjska. Teoretycznie za ileś tam lat może ona powtórzyć los Związku Radzieckiego i wtórnie podzielić się na mniejsze państewka, ale nawet wtedy Tbilisi raczej nie odzyska władzy nad stolicami — Cchinwali i Suchumi.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu