Grybów musiał dokonać radykalnych cięć
Wymiana managementu
Likwidator browaru w Grybowie, by uzdrowić firmę, wyrzucił stary zarząd, niechętny zmianom. Postawił na pozostających w cieniu młodych pracowników, którzy podobno pracują lepiej i za mniejsze pieniądze.
— Kiedy wszedłem do zagrożonego upadkiem browaru, spotykałem się ze starym zarządem. Każdy z jego członków przedstawiał się z jak najlepszej strony i jednocześnie obrzucał błotem współpracowników. Wiedziałem, że na dłuższą metę nic z tego nie będzie. Postanowiłem dokonać radykalnych cięć i wypromować młodych ludzi — mówi Władysław Pietrzak, likwidator browaru w Grybowie.
Jak opowiada nasz rozmówca, na pierwszy ogień poszła główna księgowa. Zdaniem Władysława Pietrzaka, jej pobory były niewspółmiernie wysokie w stosunku do umiejętności. Według naszego rozmówcy, jej obowiązki cały czas wykonywała zastępczyni i to właśnie tej osobie dano szansę — notabene za mniejsze zarobki. Oprócz głównej księgowej browar w Grybowie musiał opuścić prezes. Ten sam los spotkał głównego technologa. Jego miejsce zajęła laborantka, która — jak wyjaśnia Władysław Pietrzak — potrafiła poprawić jakość piwa bez znaczących nakładów inwestycyjnych, na które Grybowa nie było stać.
— Musiałem dobrać ludzi, którzy ze mną byli kompatybilni, którzy potrafili się ze mną komunikować i pomagać w ratowaniu browaru — dodaje.
Jak tłumaczy likwidator, opór przeciw zmianom płynął nie tylko od góry. Protestowały także związki zawodowe, których członkowie zostali zwolnieni.
— Odprawy niemało nas kosztowały, ale to i tak się opłacało — twierdzi Władysław Pietrzak.
Likwidator nie płaci nowym osobom takich samych stawek jak staremu managementowi. Nie obawia się, że młodzi ludzie odejdą, bo w Grybowie nie znajdą lepszej pracy i są tak związani z rodzinną miejscowością, że raczej nie opuszczą firmy.
— Płacę im godnie, choć mam świadomość, że powinienem więcej. Wciąż ograniczają nas możliwości finansowe — mówi.