Czytelnicy zapewne pamiętają triumfalną wypowiedź premiera Leszka Millera, który 13 grudnia 2002 r. w głównym wydaniu Wiadomości pokrzepiał naród ze szczytu w Kopenhadze: „Uzyskaliśmy dopłaty bezpośrednie dla rolników — 55 proc. w pierwszym roku, 60 proc. w drugim i 65 proc. w trzecim”. Gdzieś daleko poza kadrem wicepremier Grzegorz Kołodko doprecyzowywał: „Polska uzyskała wyłącznie możliwość zwiększenia do podanego poziomu dopłat środkami z własnego budżetu, Unia sfinansuje tylko 36, 39 i 42 proc. Wszystko zależeć będzie od naszej sytuacji budżetowej w danym roku”.
Wczoraj Rada Ministrów ogłosiła pełną gotowość do operacji „dopłaty”. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa uzyskała od Komisji Europejskiej odpowiednie papiery, jest cała silna, zwarta i gotowa do dokonywania 30 tys. przelewów dziennie, termin startu operacji został przesunięty z 1 grudnia na 18 października — a zatem paniczne nastroje rolników teoretycznie nie mają uzasadnienia. Koniec roku zapowiada im się suto, czyli dopłatowo.
Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi oczywiście o pieniądze. Okazało się, że budżet państwa ma przejściowe trudności na odcinku zaopatrzenia w środki na dopłaty. Podobno nawet słychać kopenhaski szyderczy śmiech Kołodki. Na całe szczęście do budżetu zawczasu wszyto specjalne kieszonki, zwane rezerwami celowymi. I kiedy się je dobrze przetrzepie, może coś z nich wypadnie — akurat rolnikom pod choinkę...