Dwa lata temu szlabany na rosyjskich granicach opadły dla polskiego mięsa, dziś dla mączki rybnej. Jednocześnie rosyjski nadzór weterynaryjny ostrzegł, że może zakazać importu produktów pochodzenia roślinnego z Polski za pośrednictwem krajów trzecich. Dwa lata temu zakazy wprowadzono tuż po wyborach, obecnie tuż przed nimi. Ostrzeżenie w sprawie polskich produktów roślinnych skierowane jest zaś wyraźnie w stronę Litwy. W przyszłym tygodniu ma się tam odbyć szczyt energetyczny, ważny dla realizacji (może kiedyś się doczekamy) projektu polskiego odcinka ropociągu Odessa — Brody — Gdańsk.
Polityczny podtekst tych zakazów wydaje się oczywisty, ale na szczęście ich gospodarczy wymiar będzie niewielki. Prawda, że Rosja to ogromny rynek i jego podbój mógłby okazać się dla wielu eksporterów żyłą złota. Na razie jednak polscy przedsiębiorcy — chociaż dotychczasowe embarga nie przeszły niezauważone — jakoś sobie radzą na innych, tym razem zachodnich rynkach. Ot, taka drobna korzyść z wejścia do Unii Europejskiej.
Im częściej Rosja sięga po broń handlową, tym bardziej ten oręż się tępi. Groźne zapowiedzi nowego gazowego konfliktu między Rosją a Ukrainą bardziej niepokoją, ale warto przypomnieć, że poprzednie kryzysy gazowe dały Unii Europejskiej impuls do rozmów o wspólnym bezpieczeństwie energetycznym. Na razie bez widocznych skutków, ale pamiętajmy, że UE jest nierychliwa. Dziś rosyjskie zakazy są irytujące. Jeśli potrafimy wyciągnąć z nich wnioski, staną się kłopotem dla naszych wschodnich sąsiadów.
Adam Sofuł