Herman Van Rompuy: Cicha woda

Jacek Zalewski
27-06-2011, 00:00

Wśród obywateli UE rozpoznawalność stałego przewodniczącego szczytów Rady Europejskiej, który sprawuje tę funkcję już od półtora roku, sięga najwyżej 2 proc.

Naprawdę ma pan charyzmę ofiary losu i wygląd szarego urzędnika bankowego — za te słowa, skierowane podczas sesji Parlamentu Europejskiego do Hermana Van Rompuya, brytyjski eurosceptyczny deputowany Nigel Farage zapłacił 3 tys. euro. Ale jego cięte pytania były już bardzo merytoryczne: skąd się pan wziął, kto pana wybrał, jaką w ogóle ma pan legitymację?

Stanowisko stałego kierownika najważniejszego organu decyzyjnego Unii Europejskiej, czyli szczytów szefów państw i rządów, ustanowił traktat z Lizbony, który wchodził w życie 1 grudnia 2009 r. Apetyt na nowy fotel miało wielu politycznych asów, a przede wszystkim Tony Blair. Traktat przewiduje nawet głosowanie, jednak wybór przebiegł zgodnie z uświęconą unijną tradycją — cichcem, w trybie zakulisowych ustaleń potentatów. Z kręgów eurokracji wypłynęła kandydatura premiera Belgii, zatwierdziły ją Niemcy i Francja, na co reszcie państw wypadało tylko potulnie podnieść rękę. Na szczycie 19 listopada 2009 r. Herman Van Rompuy został zatwierdzony, 25 listopada złożył królowi Albertowi II dymisję i 1 grudnia zmienił w Brukseli gabinet rządowy na unijny.

Złośliwe języki, przede wszystkim brytyjskie, natychmiast skomentowały, że wybrano go tak bezproblemowo, bo premierem był niecały rok i dla państw członkowskich UE był białą plamą, bez negatywnych odniesień. Niemcom i Francuzom chodziło jednak o posadowienie na czele Rady Europejskiej polityka z mniejszego państwa, ale o dużych zdolnościach organizatorskich i koncyliacyjnych. Charakterystyczna była reakcja samych Belgów, którzy ubolewali, że Herman Van Rompuy premierostwo porzucił przed ukończeniem misji pojednania skłóconych regionów.

Właśnie owa misja była największym osiągnięciem 64-letniego flamandzkiego polityka. Wykształcenie z filozofii i ekonomii odebrał na katolickim uniwersytecie w Leuven, pracował w administracji bankowej i rządowej, a politycznie związał się z chadecją. W Belgii standardowe spory partyjne trzeba przemnożyć przez konflikt Flamandów (bogatsza część północna, używająca dialektu języka niderlandzkiego) i Walonów (uboższa część południowa, mówiąca po francusku), co powoduje coraz głębsze kryzysy. Herman Van Rompuy po żmudnej pracy zmontował 30 grudnia 2008 r. gabinet jedności, z którego szybko wyrwała go UE. Dzisiaj widać, że Belgia naprawdę poniosła stratę — właśnie obchodziła rocznicę trwania po kolejnych wyborach bez nowego rządu!

Skala problemów belgijskich i unijnych okazała się jednak nieporównywalna — na nowym stanowisku Herman Van Rompuy musi godzić interesy aż 27 państw. Rada Europejska zajmuje się wpłatami do unijnego budżetu, podczas gdy Parlament Europejski i Komisja Europejska wspólne pieniądze wydają. Wyzwania stojące przed przewodniczącym są więc większe niż zadania Jerzego Buzka i José Manuela Barroso. Dlatego wartość ma "metoda Van Rompuya", polegająca na cierpliwych rozmowach dwustronnych, testowaniu reakcji i dopiero potem proponowaniu rozwiązań możliwych do przyjęcia przez wszystkich. Pomaga mu w tym znajomość głównych unijnych języków — poza niderlandzkim i francuskim przewodniczący swobodnie posługuje się angielskim i niemieckim.

Wkrótce po objęciu stanowiska Van Rompuy zaproponował, by dla podniesienia skuteczności Rady Europejskiej jej posiedzenia odbywały się co… miesiąc. A przecież takie szczyty kosztują i wyrywają szefów rządów na dwa dni z obowiązków krajowych. Poza tym przewodniczący widziałby spotkania bardziej teoretyczne, podczas których odizolowani przywódcy tworzyliby przyszłościowe wizje. Proza życia zweryfikowała te pomysły, ale i tak szczyty planowe lub nadzwyczajne zbierają się średnio co dwa miesiące, więc ich organizator ma co robić.

Przed utworzeniem jego stanowiska z terminem "Bruksela" automatycznie utożsamiano Komisję Europejską, ewentualnie gdzieś w tle także Parlament Europejski. Od półtora roku się to zmieniło. José Manuel Barroso urzędujący w budynku Berlaymont z trudem znosi to, że w widocznym z jego okna gmachu Justus Lipsius po drugiej stronie ronda Roberta Schumana świeci konkurencyjne słoneczko Hermana Van Rompuya. Rywalizacja dotyczy nie tylko spraw prestiżowych, ale i merytorycznych — kiedyś projekty dokumentów rozpatrywanych przez szczyty przywódców przygotowywał unijny rząd, czyli komisja, teraz Herman Van Rompuy często korzysta z własnego zaplecza eksperckiego.

Znane są jego zamiłowania literackie — przewodniczący każdego dnia choć przez chwilę oddaje się lekturze książek lub pisaniu haiku, czyli krótkich form poetyckich wywodzących się z Japonii. Notabene, niektóre poświęca... Unii Europejskiej. Od czasu kibicowskiej fascynacji Eddym Merckxem jest miłośnikiem wyścigów kolarskich, na mecze do tej pory zakłada szalik Anderlechtu Bruksela, pije zimne belgijskie piwo i gorącą czekoladę, a w plenerze pasjonuje się podglądaniem ptaków. Czyli — wszechstronny i normalny. A co się tyczy jego rzeczywiście nie wzbudzającego respektu wyglądu, to powyższe zdjęcie, wykonane w czasie wizyty w Chinach, potwierdza, że wystarczy drobna stylizacja…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Herman Van Rompuy: Cicha woda