Hipotetycznie będą albo i nie

opublikowano: 2020-04-15 22:00

Bezpośrednie wybory głowy państwa powinny być świętem demokracji i od 1990 r. zawsze miały w Polsce taki charakter, bez względu na ich wyniki.

Niestety, w maju 2020 r. staną się parodią demokracji, przybliżając Polskę do standardów Rosji czy Białorusi. Państwo członkowskie UE i NATO popycha w tamtą stronę sojusz epidemii COVID-19 z parciem władców do anormalnego przeforsowania jedynie słusznego kandydata dosłownie za wszelką cenę. Nieco ponad trzy tygodnie przed nominalnym terminem 30,2 mln uprawnionych Polaków nie ma pojęcia, kiedy prezes każe im pójść do jakichś tam skrzynek, bo przecież nie do przejrzystych urn. Termin 10 maja już jest fikcją, choćby z braku chętnych do komisji obwodowych. PiS stanie na rzęsach, by bezmyślne proceduralnie i w konsekwencji nieuczciwe głosowanie korespondencyjne przełożyć na niedzielę 17 maja, a może na… sobotę 23 maja. Na moje pytanie premier Mateusz Morawiecki wczoraj odpowiedział, że o głosowaniu nie w niedzielę, lecz w jakiś inny dzień wolny od pracy, na razie można myśleć wyłącznie hipotetycznie.

Zbieranie podpisów poparcia dla kandydatów w lutym i na początku marca przebiegało bezproblemowo.
Fot. FORUM

We wciągającym polską demokrację wyborczym bagnie trafiają się nieliczne kępki stabilności. Niewątpliwie należy do nich zamknięcie przez Państwową Komisję Wyborczą listy kandydatów (patrz poniżej). Co najmniej 100 tys. podpisów wyborców zaliczono 10 spośród aż… 40 wstępnie zainteresowanych startem. Niezależnie od dalszych losów wyborów kalendarza już się nie cofnie. Gdyby został wreszcie ogłoszony konstytucyjny stan nadzwyczajny, to procedura zostałaby zamrożona analogicznie do przerywania filmu przez reklamę — po jej zakończeniu akcja rusza od zatrzymanego kadru. Kandydatów może być tylko mniej, po ewentualnych rezygnacjach, ale nikt już nie zostanie zarejestrowany. Dwucyfrowa liczba startujących w pierwszej turze to standard III RP, jedynie w pierwszych wyborach po przemianach ustrojowych było ich mniej. W sześciu dotychczasowych głosowaniach liczba kandydatów wynosiła: 1990 — 6, 1995 — 13, 2000 — 12, 2005 — 12, 2010 — 10, 2015 — 11.

Na urzędowej karcie kandydaci umieszczani są alfabetycznie bez jakiejkolwiek przynależności. Nasza lista jest pełniejsza, ponieważ uwzględnia barwy partyjne/koalicyjne, aktualne lub już sczyszczone. Do powszechnie znanej szóstki dołączyło jeszcze czterech chętnych. Wśród nich były poseł Marek Jakubiak, dwóch byłych europosłów Mirosław Piotrowski i Stanisław Żółtek oraz powracający niczym kometa Paweł Tanajno. Pięć lat temu był ostatni, uzyskując tylko 0,20 proc. głosów ważnych. Takie wyniki potwierdzają zasadność postulatu, aby kandydaci wpłacali wadium, przepadające w razie nieuzyskania choćby 1 proc. głosów. Że co, że byłoby to niekonstytucyjne? Na pewno mniej niż procedura obecnie forsowana przez PiS…

Dziesiątka kandydatów na prezydenta RP

Robert Biedroń — Lewica

Krzysztof Bosak — Konfederacja

Andrzej Duda — Prawo i Sprawiedliwość

Szymon Hołownia — niezwiązany partyjnie

Marek Jakubiak — niegdyś Kukiz ’15

Małgorzata Kidawa-Błońska — Koalicja Obywatelska

Władysław Kosiniak-Kamysz — Koalicja Polska

Mirosław Piotrowski — Europa Christi

Paweł Tanajno — niegdyś Demokracja Bezpośrednia

Stanisław Żółtek — PolExit i Kongres Nowej Prawicy