Zaczęło się wczesną wiosną zeszłego roku. Wojciech Bieńkowski, wówczas prezes giełdowej Arterii, bronił się, jak mógł, przed szufladkowaniem go jako osoby mającej gorący romans z modą prosto z Neapolu.
— Proszę, żeby mnie w ten biznes nie mieszać za bardzo, bo tak naprawdę operacyjnie zajmuje się nim moja żona Magda. Ja jestem ciałem doradczym — zastrzegał w rozmowie z „PB”, pytany o swoją rolę w spółce Balthazar, oferującej szycie na miarę u słynnych krawców z południa Włoch. Ubrany w gustowny klubowy garnitur przyznawał, że owszem, jest prezesem Balthazara. Ale tak naprawdę zajmuje się Arterią, tu ma cele, wyzwania, pracę po nocach, tu rozwija zyskowną ideę outsourcingu sprzedaży. A ubrania? Ot, biznes na boku, założony z zaprzyjaźnionym finansistą z ING (Andrzejem Knigawką) i dwoma specami pracującymi wcześniej m.in. w Paradise Group Jerzego Mazgaja (Wojciech Oracz i Sebastian Piskuła). Ale już na pierwszy rzut oka widać, że dystansowanie się prezesa od własnego biznesu nie znajduje pokrycia w faktach. Nagle polubił umawianie się na spotkania w warszawskim Sheratonie. Nie chodziło jedynie o niezłą zupę z krewetek, jaką tam podają. Pretekstem była też możliwość zajrzenia do atelier Balthazara na pierwszym piętrze hotelu.
Rentierom stop
Po półtora roku sytuacja Wojciecha Bieńkowskiego jest zgoła inna. Niby wciąż jest niebanalnie odziany, wciąż ma udziały w Arterii, wciąż snuje plany. Ale już żyje z dala od giełdy. Kilka miesięcy temu zrezygnował z kierowania Arterią.
— Nie będę rentierem, na to jestem za młody — przekonywał wtedy. Okazuje się, że biznes na boku, taki dla samej radości tworzenia, realizowania pasji — zwyciężył. Bieńkowski ma rozpisane kroki rozwoju firmy na najbliższe dwa lata. Razem ze wspólnikami wyłoży na to ponad 3 mln zł. Balthazar będzie tylko jednym z elementów, bo biznesmen rusza z budową ekskluzywnego holdingu, lśniącego luksusem w dobrym stylu.
— Buduję coś na kształt holdingu szczęścia, jak go roboczo nazywam. Mój pomysł dotyka głównych obszarów życia zamożnych ludzi, stanowiących o jakości. Od ubrania przez jedzenie do odpoczynku. Mam już doświadczenie w pracy z osobami o wysokich dochodach, wiem, czego potrzebują. Czuję, że robię ten holding po części dla siebie i dla szerokiego kręgu moich znajomych.
W zależności od projektu będziemy trafiać nawet do kilku tysięcy potencjalnych klientów. A na koniec dnia ja też chcę odpoczywać w takim miejscu, przyjemnie żyć do emerytury, jeść, ubierać się na wysokim poziomie. A przy tym mieć i zyski — tłumaczy 40-letni Wojciech Bieńkowski.
Magia tażinów
Część odzieżowa wkrótce ma się rozrosnąć o kilka butików w dużych miastach Polski. Do tego Balthazar ma ambicję bycia wyłącznym przedstawicielem kilku prestiżowych marek z Europy Zachodniej oraz sprzedawania mody dla pań. W tym roku spółka odzieżowa zanotuje 2,4 mln zł przychodów i zarobi na siebie.
— Kolejną częścią mojej układanki są delikatesy. Początkowo internetowe, ruszą w lutym. A gdy zrobi się cieplej, będziemy się przymierzać do otwarcia sklepu połączonego z bistro — przekonuje Wojciech Bieńkowski, prywatnie zapalony kucharz, specjalista od jagnięciny i aromatyczych marokańskich tażinów, potraw duszonych w stożkowatych glinianych naczyniach. Delikatesy to także biznesowa emanacja pasji eksprezesa Arterii. Frustruje go, że jeśli chce zrobić coś super na kolację, musi objechać ze 3-4 sklepy w poszukiwaniu najlepszych składników. To zabiera 1,5 godziny, kolejne 2 godziny pochłania przygotowanie składników. Na koniec gotowanie, czyli kolejne 1,5 godziny na nogach. Razem nawet 6 godzin w akcji, odbierających część przyjemności z finału.
— Pomyślałem, że fajnie byłoby usiąść przed komputerem i w kwadrans zamówić świeżą żywność najwyższej jakości. Chcesz pocięte steki, to takie zamawiasz, plus obrane ziemniaki, przygotowany sos. O 9 rano dostajesz wszystko do drzwi — opisuje Wojciech Bieńkowski. Na początek zamierza ściągać żywność od kilku dostawców zza granicy, w Polsce tego typu firmy dopiero raczkują. A bistro? To już naturalna kolej rzeczy.
— Będzie kilka stolików i kucharz sprzedawca, mający zainspirować kupujących i przygotowujący niebanalne potrawy ze składników dostępnych w delikatesach — wyjaśnia pomysłodawca.
A skoro ludność ubrana i najedzona, to dlaczego z tym samym sprawdzonym partnerem by nie odpoczęła? Brat Wojciecha Bieńkowskiego od dekady prowadzi biuro organizujące wyprawy nurkowe na całym świecie. Spółka Hydrozagadka dostanie teraz nowe życie, nie tylko pod wodą.
— W podróżach stawiamy na szybkie tempo, spółka przecież działa, musi tylko rozwinąć skrzydła. Będziemy m.in. touroperatorem, oprócz nurkowania zaoferujemy organizację żeglugi na wszelkich akwenach. Powstanie też klub podróżnika organizujący wyprawy tematyczne dla rodzin, np. szlakiem znanego pirata bądź bohatera powieści — opowiada inwestor.
Klub będzie miał siedzibę w przytulnym lokalu w centrum Warszawy. Tam, przy dużym stole, w otoczeniu globusów, map i narzędzi multimedialnych klubowicze będą planowali wojaże i dzielili się wrażeniami z wypraw.
— A ja oczywiście będę tam razem z nimi — cieszy się warszawski biznesmen.
Wojciech Bieńkowski
Absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Członek rady nadzorczej Arterii. Wcześniej pracował m.in. jako dyrektor sprzedaży detalicznej Wizji TV, dyrektor sprzedaży Astercity. Od 2002 r. związany ze spółkami z grupy kapitałowej Nova Holding. W giełdowej Arterii był początkowo dyrektorem zarządzającym, a w latach 2006-12 prezesem.
